Okrągły Stół operacyjny
25.
Rafał Matyja odrzuca piętno Okrągłego Stołu wyciśnięte na polskich losach po 1989 r. i uważa, że rzeczywistość w naszym kraju już trzecią dekadę toczy się odrębnym, własnym torem: „Przez lata utrzymywano, że rozmowy Okrągłego Stołu były fundamentem nowego ładu. Złym czy dobrym – ale fundamentem. Warto przestać w to wierzyć. Polską lat 90. i Polską współczesną rządzą bowiem inne mechanizmy i nad naszym losem wiszą inne klątwy”.
Z kolei Bronisław Wildstein formułuje pogląd, który w stosunku do tezy Matyi może mieć, w zależności od intencji i potrzeb, walor dopowiedzenia lub kontry: „Nie miejsce tu na analizę, ile w tym było politycznej rachuby – byli liderzy Solidarności uznawali, że dawni komuniści staną się poręcznym sojusznikiem w walce o władzę w nowym rozdaniu – ile krótkowzroczności, czyli prób obłaskawienia bezzębnego już drapieżnika, ile atawistycznego lęku i pogardy dla narodu, ile nieczystego sumienia ludzi o powikłanych życiorysach. Ważne, że splot tych czynników doprowadził do reorientacji dominującej grupy opozycyjnych liderów, co ukształtowało III RP. Proces ten rozpoczął się przy Okrągłym Stole”.
Pozorny spór publicystów
Tym bardziej że darzę obu Autorów szacunkiem za to, co robią i piszą, i nie mam powodu, by wątpić w szczerość ich intencji, zobowiązany jestem nieśmiało napomknąć, że w konkluzjach okrągłostołowych Matyja i Wildstein głoszą – każdy na swoją rękę – prawdę niecałą. Nawet gdyby, zgodnie z intencjami redakcji „Do Rzeczy”, ustawić Matyję i Wildsteina w roli polemistów, to i tak przyznanie racji jednemu z nich niczego nie wyjaśnia. Bo polemika, jaką toczą, dotyczy problemu o charakterze – rzekłbym – wyłącznie ilościowym: ile władzy przedokrągłostołowej zmieściło się w okrągłostołowej i ile okrągłostołowej mieści się w pookrągłostołowej.
Spór tak zarysowany ma jedną niezaprzeczalną zaletę i jeden defekt. Daje perspektywę tego, co publicyści lubią najbardziej: nigdy się nie kończy, zawsze będzie można doń wracać przy okazji kolejnych rocznic i pomiędzy – innymi słowy – jest nierozstrzygalny. Ale ma również, ów spór, pewną kłopotliwą przypadłość: jest pozorny.
Rzadko bowiem zauważa się fakt, że przy Okrągłym Stole grano i w brydża, i w kierki, i w tysiąca, i w piotrusia, ale – ten najważniejszy – poker – był grany i wcześniej, i później, i gdzie indziej. Już grubo przed Okrągłym Stołem konstatowano, że zmiany zarówno w Sowietach, jak i tym samym w Polsce są nieuchronne. A nad dziejowym procesem – zwłaszcza że nieuchronnym – trzeba jakoś czuwać i panować. A panować nad nieuchronnym procesem może tylko ten, kto zachowuje realną władzę i otrzymuje nową, przyszłościową, oświeconą legitymizację swoich poczynań. Stąd sojusz starych i nowych elit, w obu wymiarach marksistowskiej racji: historycznej i moralnej. Ale przecież starzy mistrzowie i ich uczniowie wiedzieli, że „w miarę postępów budownictwa socjalistycznego zaostrza się walka klasowa”; skoro zatem sojusz starych i nowych elit jest już dogadany – to żeby się powiódł, trzeba również dobrać sobie przeciwnika. Najlepiej takiego, którego słabe i dobre strony dobrze się zna, którego ma się pod ręką, któremu zadało się już niejeden bolesny cios, któremu przyprawi się z łatwością niemądrą, niemodną i wsteczną gębę.
Naród – przeciwnik
Tym przeciwnikiem został ustanowiony własny nieodpowiedzialny, hurrapatriotyczny, insurekcyjny, megalomański, nienowoczesny, ksenofobiczny i ultrakatolicki polski naród. I wnet pojawiły się zwiastuny nowej inżynierii dusz i struktur: list Bronisława Geremka z 1988 r. do czynników radzieckich czy ówczesne antycypacje Adama Michnika. I zaczęto sposobić epokowy pokazowy mebel: Okrągły Stół. Że naród był nieufny, to od czego doświadczenie i spryt starych mistrzów. Że naród obawiał się Michnika, Kuronia i grania przez nich pierwszych skrzypiec u boku Wałęsy przy Okrągłym Stole? Wystarczy kilka prostych sztuczek... Partner pierwszy, czyli Jaruzelski z Kiszczakiem, oświadczają, że przenigdy nie siądą do żadnych rozmów z Solidarnością, jeżeli tę będą również reprezentowali Kuroń i Michnik. Partner drugi, czyli Bolek Wałęsa, ripostuje, że nie będzie żadnego Okrągłego Stołu, jeżeli nie zasiądzie przy nim Adaś i Jacek. Ludzie honoru „ustępują”, Kuroń i Michnik są nie tylko wysoce uwiarygodnieni, ale wprost namaszczeni i mogą odtąd, razem z Bronisławem Geremkiem, grać te pierwsze skrzypce... Sam Okrągły Stół był wielkim sukcesem tych, którzy go zamówili, nie na swój koszt zresztą, lecz narodu. Ale naród płacić nie chciał. Odmówił uiszczenia okrągłostołowego rachunku już przy wyborach 4 czerwca 1989 r. Manifestacyjny rozmiar zwycięstwa Solidarności przeraził Wałęsę i jego otoczenie. Elity – wtedy i do dzisiaj – symbolizujące porozumienie okrągłostołowe wyciągnęły z tego jeden najważniejszy wniosek: trzeba koniecznie zewrzeć szeregi i przedstawić projekt, który ujarzmi narodowy i wolnościowy wymiar rozbudzonej polskiej energii. Adam Michnik przedstawił pomysł zorganizowania jednej dla całej opozycji demokratycznej i strony solidarnościowej ogólnokrajowej, zjednoczonej partii obywatelskiej Solidarność. Żeby spacyfikować stojący tuż za progiem rzeczywisty pluralizm polityczny, Michnik przewidywał dla swojej partii Solidarność – a jakże – strukturę frakcyjną: Andrzej Wielowieyski byłby liderem otwartej na Europę „chadecji”, Aleksander Hall – liderem wolnej od ksenofobicznych i nacjonalistycznych uprzedzeń „formacji narodowej”, Bronisław Geremek lub ktoś inny – tutaj potencjalnych kandydatów było wielu – socjaldemokracji... Wtedy Jarosław Kaczyński skontrował to koncepcją Porozumienia Centrum. Pluralizm polityczny w Polsce stał się faktem.
Całość artykułu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"