W sidłach iluzji
„Jesteśmy wędrowcami na granicy tego i tamtego świata” – twierdził Hans Georg Gadamer.
Wyrzekł się eschatologicznej perspektywy w postrzeganiu kondycji ludzkiej, pochłonięty bez reszty fizjologicznym, psychologicznym i społeczno-politycznym aspektem istnienia. Na scenie może najwyraźniej widać, co dana epoka sądzi o człowieku. Nasza ściągnęła go w błoto stricte materialnej egzystencji, skazała na poszukiwanie sensu w przestrzeni skarlałej do rozmiarów jednostkowego ego (prawda, że bardzo rozdętego), co stanowi wysiłek porównywalny ze słynnym przedsięwzięciem barona Münchhausena, który wydobywał się z bagna, ciągnąc za własny harcap. Dlatego współczesny bohater szarpie się głównie z demonami swojej seksualności, wędruje bynajmniej nie na granicy dwóch światów, lecz w ciasnym wnętrzu własnej psychiki. „Takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”.
Jak mocno wypaczony jest ten wizerunek, jak bardzo nieadekwatny, czujemy zwłaszcza w chwilach, gdy częściej niż zwykle sięgamy wzrokiem poza horyzont widzialnego świata, gdy silniej odczuwamy niepokój metafizyczny. A tak jest w Wielkim Poście. Wówczas dobitnie uświadamiamy sobie, że współczesny teatr w tym zakresie nie jest w stanie sprostać naszym oczekiwaniom, niewiele ma do zaoferowania.
„Gorzkie żale”
Może właśnie dlatego Redbad Klijnstra, któremu w tym roku powierzono dyrekcję artystyczną festiwalu „Gorzkie Żale” podjął ryzyko wykreowania całkiem nowych spektakli teatralnych. Takich, w których ubóstwo formy – kameralne spotkanie między autorem, aktorem i publicznością – idzie w parze z powagą treści: każdy wieczór poświęcony był refleksji nad jednym z siedmiu grzechów głównych.
Niekiedy był to rodzaj autorskiego komentarza do napisanych wcześniej utworów, przypomnianych teraz w aktorskiej interpretacji. W tej formule mieściły się rozważania Ernesta Brylla i Ewy Dałkowskiej nad grzechem lenistwa oraz Antoniego Libery i Katarzyny Herman na temat zazdrości. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu zamierzano przedstawić pod postacią warsztatów z udziałem Redbada Klijnstry i Stanisławy Celińskiej, niestety odwołanych z powodu choroby aktorki. Niekiedy znów proponowano widzom monodram – taki charakter miał „Gniew” Jacka Poniedziałka w wykonaniu Macieja Kowalika, „Pycha” Marka Kochana, prezentowana przez Bartosza Opanię oraz „Nieczystość” Tomasza Mana, przedstawiona przez Zdzisława Wardejna. Festiwal zamykała „Chciwość”, dwuosobowa jednoaktówka autorstwa Wojciecha Tomczyka, który zarazem wcielił się w jedną z postaci. Towarzyszyła mu Magdalena Kuta.
Nie tylko fikcja
Trzy ostatnie tytuły były najciekawszymi realizacjami festiwalu i zarazem spektaklami dostatecznie dojrzałymi, by znaleźć się w stałej ofercie repertuarowej. Nieodparcie komiczna „Pycha” to portret współczesnego celebryty, któremu Bartosz Opania użyczył fragmentów swojej artystycznej biografii, by podnieść wiarygodność postaci, wywołać przekonanie, że to on sam jest chełpliwym bohaterem sztuki. Podobny zabieg zastosował Tomczyk w „Chciwości”, która ma kształt lekcji szkolnej: publiczność odgrywa rolę klasy, Magdalena Kuta gra nauczycielkę, ale zarazem napomyka o swojej aktorskiej karierze, a sam autor występuje w charakterze krnąbrnego, „przerośniętego” ucznia, który wplata w rozmowę autoironiczne uwagi o własnej twórczości. Takiego przenikania między autorem czy aktorem a sceniczną kreacją nie ma w „Nieczystości” Mana pomyślanej jako wyznanie notorycznego pedofila i zarazem próba zgłębienia mechanizmów, które pozwalają zaspokajać własne popędy za cenę krzywdy i cierpienia innych. Rzecz została jednak napisana i zagrana z tak znaczną dozą empatii, że wciąga widza w mroczny świat perwersyjnych doświadczeń i zręcznych samousprawiedliwień. Ponadto w niektórych partiach nawiązuje do biografii Trynkiewicza. W monodramie Kochana z kolei co i rusz słyszymy frazy dobrze znane ze zwierzeń, jakimi raczą nas celebryci na łamach prasy ilustrowanej i w książkowych rozmowach-rzekach.
Tym samym w każdym z tych spektakli powstawało wrażenie autentyczności świata przedstawionego, poczucie, że to nie tyle fikcja, ile artystyczna kontynuacja otaczającej rzeczywistości, na wskroś aktualnej i równocześnie – przenikniętej grzechem i moralnym rozkładem. Ciekawe, że w trzech najlepszych festiwalowych realizacjach pojawiła się podobna obserwacja na temat okoliczności warunkujących moralny chaos, podobnie opisano tę cechę współczesnego człowieka, która czyni go podatnym na zło.
Ucieczka od siebie
To skłonność do ulegania iluzjom pcha nas do grzechu, a potem umożliwia uporczywe w nim trwanie – sugerowano na festiwalowej scenie. Źródłem komizmu w spektaklu Kochana jest rażący dysonans między obiektywną rzeczywistością a subiektywnym jej widzeniem przez bohatera, pogrążonego w złudzeniach na swój temat i w samozakłamaniu. Autor otwarcie wypowiedział tę myśl w wywiadzie opublikowanym „wSieci” w przededniu spektaklu: „Czy to nie pycha kryje się w przekonaniu, że można nie liczyć się z rzeczywistością, zakląć, zaczarować ją i ona będzie taka, jaką chce się ją widzieć?”.
Także pedofil z monodramu Mana ignoruje łzy molestowanych dzieci, pielęgnując miraże o ich oddaniu i potrzebie miłości. On również „zaklina rzeczywistość”, aby wyglądała tak, jak sobie życzy.
Nagminny obecnie nałóg uciekania od prawdy o sobie i świecie w domenę fantazji i urojeń został bezlitośnie obnażony w sztuce Tomczyka: „Ludzie w dzisiejszym świecie masowo chcą być kimś innym niż są. To jest rodzaj chciwości, którego przedtem nie było. Ludzie chcieli być bogaci, piękni, zdrowi, ale nie chcieli być konkretnie Justinem Bieberem, Lady Gagą, Beatlesami, Stonesami czy Madonną, w sensie tą gimnastyczką. Nikt nie chciał być Bondem, Jamesem Bondem, Supermanem czy nawet Victorią i Davidem Beckhamami. Alternatywa mieć czy być jest dziś fałszywa – bo pojawił się rynek, na którym można nabyć wręcz nową osobowość. Osobisty trener wymodeluje twoją sylwetkę, coach powie ci, jak masz żyć. Ktoś inny wytłumaczy ci, co masz czuć. Swoją nową wiarę sam sobie skonstruujesz z odpowiednich elementów. Trochę tego, co słyszałeś w kościele, trochę wędrówki dusz, limitowana transcendencja, odrobina satanizmu, ale takiego lajtowego, bez picia krwi…”.
Ucieczka w atrakcyjną iluzję, w fałszywą świadomość pozwala uchylić się od odpowiedzialności za zło we własnym sumieniu, a często również w oczach innych, dzięki poczuciu, że zostało ono popełnione nieświadomie, nieintencjonalnie, mimowolnie lub przypadkiem. Ale co z tego, skoro w świecie rzeczywistym zło naprawdę zaistniało i trwa, a stumaniony złudzeniami umysł nadal ulega mu bez oporów?
Wydaje się to obserwacją zatrważającą w czasach, gdy iluzje fabrykowane są na skalę nigdy przedtem nieznaną i dostępne na wyciągnięcie ręki – w kinie, telewizorze, komputerze, smartfonie itd. Stanowią nieprzezwyciężalną pokusę dla ludzi, którzy wędrując na granicy dwóch światów, widzą tylko jeden z nich, ten materialny, w którym uwięziła ich współczesna kultura, ślepa na wszystko, co wymyka się rozumowemu poznaniu i zmysłom. Zwątpiwszy w swoją nieśmiertelną duszę oraz w nadzieję zmartwychwstania, próbują wyrwać się z pułapki ograniczonej, trywialnej egzystencji. Niezaspokojona tęsknota metafizyczna pcha ich w sidła iluzji. A tam zło już cierpliwie czeka.