Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
05.04.2014 08:54

Krzywe zwierciadła…

…a w nich zdeformowane odbicia, które niby to przypominają znajome obrazy, ale zarazem szyderczo je fałszują.

…a w nich zdeformowane odbicia, które niby to przypominają znajome obrazy, ale zarazem szyderczo je fałszują. To poczucie wciąż powraca w trakcie lektury gazet, gdy słucham radia, oglądam programy telewizyjne. Przedstawiają świat wykoślawiony, obcy.

To jakby ze swojskich, znanych z dzieciństwa klocków nadal składano budowle, tyle że zamiast pamiętnych, imponujących zamków teraz powstają pokraczne gargamele. I już nawet nie chce się tłumaczyć: to przecież nie tak, nie o to chodziło, wszystko inaczej…

Weźmy patriotyzm

Właśnie jest żywo dyskutowany. „Czy jesteśmy gotowi umrzeć za Polskę?” – pyta okładka „Do Rzeczy”. Ale dlaczego zaraz umrzeć? Tak postawione pytanie zawiera kryptosugestię, że kto lęka się śmierci – a więc prawie każdy – ten nie dość kocha ojczyznę. Tymczasem patriotyzm to postawa afirmacji życia, a nie śmierci. Życia w kraju, w którym się urodziliśmy i dobrze się czujemy, bo znamy okolicę, mamy wokół siebie rodzinę i przyjaciół, pozyskiwanych od najmłodszych lat, możemy rozmawiać w języku, który rozumiemy najlepiej, możemy urządzać życie po swojemu.

Zgoda: jeśli ktoś zechce tu gwałtem narzucić swoje porządki, np. rosyjski lub niemiecki w szkołach i urzędach, obowiązkową służbę w obcej armii, akademię ku czci Stalina, Hitlera czy innego ludojada zamiast wieczoru w kabarecie albo wręcz uliczne egzekucje za nieposłuszeństwo – wówczas rodzi się pytanie, czy lepiej znosić opresję czy z nią walczyć. Ale przecież jeśli walczyć, to nie po to, żeby umrzeć, ale by odeprzeć agresora i żyć dalej zgodnie z własnymi wyobrażeniami.

Któż to narzucił Polakom to kapitulanckie, tchórzowskie przekonanie, że walka zawsze oznacza porażkę i śmierć? Kto wmówił im, że żołnierze Września i powstańcy warszawscy ruszali do boju, aby zginąć, złożyć daninę krwi? Jak ta bzdura mogła się tak skutecznie zakorzenić w świadomości zbiorowej?

Faktycznie, koniec końców obrońcy polskiej niepodległości przegrali, wielu zginęło. Ale przecież nie dlatego, że zamierzali. I też bynajmniej nie od razu polegli. II Rzeczpospolita, konstruowana ledwie od 20 lat, broniła się przeciwko dwóm wrogom tylko półtora tygodnia krócej niż Francja, uważana wówczas za europejskie mocarstwo, przeciwko jednemu najeźdźcy. Z kolei powstańcy warszawscy przez 63 dni dotrzymywali pola zawodowej armii, uzbrojonej, wyszkolonej i doświadczonej. Na pewno nie dlatego, że marzyli o śmierci. Przeciwnie: dlatego, że marzyli o życiu, w którym wolno słuchać radia, legalnie studiować, by zostać lekarzem, inżynierem albo nauczycielem, a nie zaledwie tragarzem, wolno bawić się w eleganckich lokalach bez wywieszki „Nur fur Deutsche” i nocami włóczyć po ulicach bez godziny policyjnej. Ówcześni patrioci chcieli po prostu żyć normalnie. Godnie. Nie jak szczury ukryte w ciemnych norach, ścigane, przerażone. Czy to daje podstawę, by uważać ich za samobójców opętanych kultem Tanatosa? A jak my sami byśmy reagowali, gdyby w ulicznych łapankach zaganiano nas na ciężarówki niczym zwierzynę łowną? No właśnie…

Weźmy godność

Wychowano mnie w przekonaniu, że godności nikomu nie da się odebrać. Można ją utracić, tylko samemu się jej wyrzekłszy. Ani choroba, ani nędza, ani tortury nie pozbawiają człowieka godności, póki nie pogodzi się z losem przegranej, bezwolnej ofiary. Póki nie powie złu: tak, ty rządzisz, a ja biję czołem…

W ten sposób można traktować godność tylko wtedy, gdy sytuuje się ją w sferze ducha, nie zaś w sferze materialnej egzystencji. Gdy oderwie się ją od takich atrybutów, jak wiek, uroda, zdrowie, sprawność, pozycja społeczna. Tymczasem dzisiaj godność zdaje się zależeć od marki samochodu, metki podkoszulka i liczby like’ów na Facebooku. Tak zdefiniowana okazuje się nader nietrwała, ulotna. Nie trzeba jej poddawać żadnym potężnym próbom. Uczepiona marki samochodu ma odporność – co najwyżej – lakierowanej karoserii, którą zadrapać można byle gwoździem.

Kiedyś godność była źródłem siły, niedosiężnym dla satrapów, wzmacniającym w wędrówce po wertepach losu, pozwalającym podnieść się w razie upadku. Dzisiaj, przywiązana do stanowiska w hierarchii służbowej, przeobraża się w źródło słabości – utraciwszy posadę człowiek staje się śmieciem, nawet we własnych oczach. Bo bieda lub choroba jakoby odziera z godności. Jej wypaczone pojmowanie zniekształca także myślenie o państwie. Skoro nie jest ono mocarstwem – słyszymy – powinno potulnie podporządkować się sąsiadom. Nie może bronić interesów swojej mniejszości w Niemczech, musi zaakceptować umowę gazową na warunkach oferenta, powierzyć śledztwo smoleńskie Putinowi. Brak poczucia godności niszczy zarówno życie osobiste, jak i zbiorowe Polaków.

Całość artykułu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane