Taką przebodli nas ojczyzną
W posłusznych władzy mediach trwa zmiana dekoracji i kostiumów. Tempo, w jakim się odbywa, zapiera dech w piersiach.
Poglądy określane do niedawna w salonach III RP jako „faszystowskie” z dnia na dzień zyskały prawo obywatelstwa, więcej – stały się wręcz instrumentem skutecznej promocji. Nieskomplikowany treściowo wideoklip Macieja Maleńczuka „Vladimir” („Ni chuja/Na wsiegda”) po tygodniu zyskał na YouTube ponad 700 tys. odsłon, zapewnił też nieco przygasłej gwieździe wywiady równocześnie w dwóch wysokonakładowych tygodnikach – „Wprost” i „Newsweeku”, w tym ostatnim także okładkę.
Patriotyzm ostatniej godziny
Ta patriotyczna ekscytacja podawana nagle do wierzenia przez heroldów postępu, modernizacji i nowoczesności powinna cieszyć środowiska niepodległościowe, tymczasem zamiast radości budzi konsternację i nieufność. I chyba nie tylko dlatego, że jest patriotyzmem „ostatniej godziny”. W końcu „w niebie większa radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych…”. Rzecz w tym, że łatwa popularność wydaje się sprzeczna z istotą polskiego patriotyzmu w świetle doświadczenia ostatnich pokoleń. W tej perspektywie miłość ojczyzny postrzegana jest jako wybór trudny, kosztowny, taki, który raczej naraża na kłopoty, niż przynosi korzyści (np. zdjęcia na okładkach), częściej zapewnia pogardę niż aplauz gawiedzi. To „żołnierz wyklęty” stanowi obecnie ikonę polskiego patriotyzmu, nie „żołnierz samochwał”, jakiego kreuje Maleńczuk, wymachując teatralnym sztyletem.
Przekonuje o tym nie tylko historia antysowieckiego powstania z lat 40. ubiegłego wieku czy los żołnierzy Andersa niedopuszczonych do defilady zwycięzców II wojny światowej. Przekonują o tym także świadectwa całkiem współczesne. Jedno z nich właśnie trafiło do księgarń – to książka Wojciecha Sumlińskiego „Z mocy nadziei”. Jest to rodzaj kontynuacji poprzedniej głośnej publikacji tego autora – „Z mocy bezprawia”, gdzie przedstawiona została wstrząsająca historia prowokacji, wskutek której znany dziennikarz śledczy został wplątany w sprawę służącą skompromitowaniu Komisji Weryfikacyjnej WSI, pracującej pod kierunkiem Antoniego Macierewicza.
„Na taką miłość nas skazali”
Sprawa ta toczy się od sześciu lat, niszcząc życie wewnętrzne, rodzinne i zawodowe autora. W „Z mocy nadziei” znajdziemy relację z przebiegu śledztwa i procesu, ale właściwym tematem książki jest co innego. Można ją nazwać raportem z pola bitwy o ocalenie wiary, nadziei i miłości na przekór okolicznościom, wbrew poczuciu bezsilności wobec potęgi zła. Wiary w sprawiedliwość, nadziei na wolność, miłości do żony i dzieci, ale także – do ojczyzny, z której naturą nie sposób się pogodzić. „Uderzył we mnie cały absurd sytuacji, w jakiej się znalazłem – pisze Sumliński – a w której moim wrogiem stał się mi mój własny kraj. Kraj, za który byłem gotowy oddać życie i w takim duchu wychowywałem moje dzieci. Czy mam w ogóle wierzyć, że to się dzieje?”.
To dramatyczne pytanie od dziesięcioleci towarzyszy polskim patriotom rozdartym między miłością do własnego kraju a nienawiścią do panujących w nim porządków. Między ideą Polski a jej codzienną praktyką. Tę praktykę przeobrazić miał upadek komunizmu, ale przeobrażenie okazało się iluzoryczne. „Pojąłem to – konstatuje Sumliński – co powinienem był pojąć dawno temu: żyjemy w kraju, w którym przeszłość zniewoliła teraźniejszość, w którym historia nie jest historią, lecz czymś, co wciąż trwa. Oczywiście już wcześniej miałem świadomość, że tzw. teczki mają wpływ na postawy wielu ważnych ludzi – na to co mówią i robią. Ale nie przypuszczałem, że skala zjawiska jest tak duża. […] Jeśli zwykły kapitan SB był w posiadaniu teczek, dzięki którym stał się milionerem i zabezpieczył finansową przyszłość swoich bliskich na kilka pokoleń naprzód, to jakie teczki mieli w swoich rękach jego przełożeni pułkownicy, jakie ich przełożeni generałowie, jakie generałowie Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski, jakie wreszcie teczki znajdowały się w Moskwie? Ile w Polsce i Rosji jest takich szaf, jak ta kapitana? Ile osób mających wpływ na funkcjonowanie i kluczowe decyzje dla całego kraju żyje w strachu przed ujawnieniem przeszłości i zachowuje się jak bezwolne kukły pociągane za sznurki, podążające za wolą tego, który dzierży koniec sznurka?”.
Dobre pytanie, zwłaszcza teraz.
Tak urządzonego państwa nie sposób zaakceptować, nie sposób pokochać. Jak skarżył się Herbert: „Rów w którym płynie mętna rzeka/nazywam Wisłą. Ciężko wyznać/na taką miłość nas skazali/taką przebodli nas ojczyzną”.
I takiej ojczyzny trzeba teraz bronić, do spółki z kanaliami i pajacami, którzy pospołu ją znieprawili…
Polska to trudna miłość.
Całość artykułu w "Gazecie Polskiej Codziennie"