Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
15.02.2014 08:48

Izolacja od piekielnego życia

„Res Sacra Miser” – taki napis widnieje na fasadzie jednego z kościołów przy Krakowskim Przedmieściu. Został tam umieszczony przed dwustu laty przez Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności.

„Res Sacra Miser” – taki napis widnieje na fasadzie jednego z kościołów przy Krakowskim Przedmieściu. Został tam umieszczony przed dwustu laty przez Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności. Dzisiaj mało kto te słowa rozumie, nie tylko dlatego, że są łacińskie. „Ubogi jest świętością”? Bzdura!

We współczesnej Polsce jest pariasem, wyrzutkiem skazanym na pogardę, ostracyzm albo wręcz okrucieństwo. Bo trudno inaczej nazwać proceder odbierania dzieci rodzicom dlatego, że są biedni. Przed miesiącem w Suwałkach wskutek takiej decyzji sądu powiesił się szesnastolatek. Teraz w Warszawie komornik próbuje pozbawić praw rodzicielskich samotną matkę, bo ta zarabia 800 zł i zalega z czynszem. Według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej z powodu biedy odebrano rodzicom 771 dzieci. Potencjalnych kandydatów jest jeszcze wielu: według ostatniego raportu GUS w niedostatku lub nędzy żyje blisko półtora miliona dzieci. Państwo, zamiast wspierać ubogie rodziny, rozbija je i niszczy.

Wstyd?

„Tę wolną Polskę – z nierównościami społecznymi, zastępczymi sporami, zidiociałymi mediami, głupimi politykami – zbudowało nam pańskie pokolenie. Pan i pańscy koledzy z podziemia. Wstyd?” – pyta Grzegorz Sroczyński na łamach „Gazety Wyborczej” prof. Marcina Króla, historyka idei, redaktora pisma „Res Publica”. „Generalnie nie. Ona nie jest taka zła” – broni się ten ostatni. Ale bez przekonania, bo wreszcie dostrzegł patologie ustrojowe i nawet opisał je w książce „Europa w obliczu końca”. Tłumaczy zatem: „To całe środowisko to byli moi serdeczni przyjaciele, ale jednak… No jak to powiedzieć, żeby nikogo nie obrazić… Myśmy byli oderwani od realnych ludzkich problemów. Z naszego punktu widzenia w tej całej rewolucji chodziło przecież o wolność. […] Wolność była dla nas najważniejsza, absolutnie. Ona nam wystarczyła. A kwestie solidarności społecznej, biedy na wsi, pegeerów, nierówności… Zabrakło nam wyobraźni”.

Chyba nadal brakuje, bo co można powiedzieć o wolności matki, która pracuje za grosze, więc sąd wydziera jej dziecko? „Przeklina lud, a błazny mu śpiewają/Że nigdy nie był tak jak dzisiaj wolny” – pisał niegdyś Czesław Miłosz w wierszu „W praojcach swoich pogrzebani”. I puentował: „Oni tymczasem, drżąc w jaskiniach cieni,/Sądzą, nie wiedząc że już osądzeni”.

Marcin Król tym się różni od swoich kolegów – pełnych samozadowolenia beneficjentów III RP – że wydaje się tego osądu świadom: „Musimy się ruszyć, odzyskać ideę równości” – mówi. „Inaczej […] będziemy wisieć na latarniach”. W pewnym, dość ograniczonym stopniu poczuwa się także do odpowiedzialności za ten stan rzeczy. Podczas rozmowy Sroczyński naciska: „Odpuściliście sprawy społeczne. I chcę wiedzieć dlaczego”. Najcelniejszej odpowiedzi udziela żona profesora, która woła „z sąsiedniego pokoju”: „Żeromskiego im zabrakło”. „Julia ma rację – potwierdza Król. – Naczytaliśmy się nie tych książek”.

W tym rzecz.

„Polska wersja zdrady klerków”

Przed ćwierćwiekiem, w pierwszym roku istnienia III RP, Marcin Król pisał w eseju „Kryzys polskiej tożsamości”: „Polityka nie jest powołaniem inteligencji. Polska wersja zdrady klerków polega na tym, że niemal wszyscy ludzie, których zawód, których funkcja społeczna polega na działaniu formacyjnym i wzorcotwórczym, oddali się zajęciom politycznym”.

Dzisiaj mówi co innego: „Nas dość szybko przestano słuchać, przecież myśmy nie rządzili. […] Pan myśli, że z nami ktoś się liczył? Nikt. […] Polski inteligent dość szybko dostał lekcję pogardy. […] Poczuliśmy się nieważni, więc staliśmy się nieważni”.

Zestawiam te cytaty nie po to, żeby wykazać sprzeczność w diagnozach Króla, ale dlatego, że dobrze ilustrują one postawy przeważające w tych kręgach dawnej opozycji, które są zapleczem III RP. Wielu byłych opozycjonistów sprawuje władzę – niekoniecznie polityczną, także medialną albo biznesową. Pozostali umywają ręce, urażeni, że przypadła im rola nie na miarę ich oczekiwań i ambicji. Wszelako jedni i drudzy korzystają z przywilejów establishmentu. Sprzeniewierzyli się etosowi polskiej inteligencji, którego niezbywalnym składnikiem była służba społeczna, podejmowana kosztem własnej kariery, materialnego powodzenia i pomyślności osobistej. Zabiedzony, nękany gruźlicą Mochnacki, dogorywający w przytułku Norwid, oskarżany o współpracę z Ochraną Brzozowski – żaden z nich nie uchylał się od powinności inteligenta dlatego, że odmówiono im stanowisk, posłuchu czy prestiżu. Odważnie formułowali swoje nieposłuszne poglądy, nawet jeśli narażały ich one na szykany. Bohaterowie Żeromskiego, tego prawodawcy inteligenckiego kodeksu, tak jak Król „nie rządzili”. Nieśli jednak z poświęceniem pomoc najuboższym, nieraz za cenę poniewierki. Jak Judym, który odrzucił szczęście osobiste. Jak Stasia Bozowska „Siłaczka”, która umierając, wciąż pisała podręcznik „Fizyka dla ludu”, nie oglądała się na wdzięczność czy uznanie.

Całość tekstu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane