Skulone dusze
Dzisiaj od powstania styczniowego dzieli nas tyle czasu, ile upłynęło od III rozbioru Polski do końca II wojny światowej. 150 lat to dużo. Przynajmniej sześć pokoleń.
A przecież mimo to doświadczenie odległej przeszłości zachowuje wartość, bywa pomocne w definiowaniu i rozumieniu aktualnych problemów. Tak jak w Targowicy można było widzieć prefigurację Związku Patriotów Polskich i manifestu lipcowego, tak i dzisiaj na powstanie styczniowe można patrzeć jako na pionierską próbę walki o suwerenność, prowadzonej z udziałem ludności cywilnej, przy wykorzystaniu taktyki non violence: pokojowych manifestacji, biernego oporu, obywatelskiego nieposłuszeństwa. Walki, w której niedobory siły zbrojnej (albo wręcz jej całkowity brak) uzupełnia się innymi środkami: poprzez upowszechnianie wzorów zachowań, które odbierają skuteczność poczynaniom władzy, mobilizują solidarność wspólnoty poddanej politycznej opresji. Także poprzez tworzenie instytucji alternatywnych. To przecież powstanie styczniowe wypracowało koncepcję podziemnego państwa i niezależnego obiegu wydawniczego.
A ponieważ ten rodzaj walki w ślad za powstańcami 1863 r. prowadziły kolejne polskie pokolenia, pamięć pionierskich wysiłków w tym zakresie, towarzyszących im okoliczności i dylematów wciąż okazuje się, niestety, przydatna.
Cytadela
Trudno oprzeć się temu wrażeniu w trakcie lektury powieści Tomasza Łysiaka pt. „Cytadela”. Jest to pierwszy z trzech tomów cyklu powieściowego „Nieśmiertelni”, nad którym autor teraz pracuje, by przedstawić historię okresu poprzedzającego powstanie styczniowe. Przedstawić to znaczy nie tylko opisać, ale także – zobrazować. Książka wydana została przez Narodowe Centrum Kultury z nadzwyczajną starannością, tak aby przypominała wytwór sztuki edytorskiej XIX w. Zawiera liczne wklejki ze starymi rycinami oraz kilka reprintów: ówczesny śpiewnik patriotyczny, wycinek z prasy angielskiej, „książeczkę legitymacyjną” podpisaną przez cyrkuł warszawskiej policji. Ta wysmakowana edycja pobudza wyobraźnię, pozwala zanurzyć się w klimacie epoki. Gdy już to zrobimy, odkryjemy, że wcale nie jest ona tak zamierzchła, jak mogłoby się z pozoru wydawać.
Tytułowa Cytadela – twierdza wzniesiona przez Rosjan dla poskromienia buntowniczych skłonności polskiej stolicy – dawno już utraciła swój złowrogi charakter. Obecnie jest przyjaznym miejscem żoliborskich spacerów, oferującym możliwość zwiedzenia tamtejszego muzeum, i weekendowych zakupów na pobliskim targu śniadaniowym. Nie budzi przerażenia, jak w XIX w., gdy jeden z bohaterów powieści mówi o niej: „Siedzi w Warszawie tak jak robak, który wpełza przez nos do głowy, otorbia się, ssie wszystkie soki, zabija powoli, a ty jesteś bezbronny. Nic nie możesz zrobić, bo żeby go zabić, musiałbyś sam sobie palnąć w łeb”. To sugestia, że Cytadela została zinternalizowana, wbudowana nie tylko w krajobraz miasta, ale także w wewnętrzną rzeczywistość Polaków, w ich duchowy horyzont.
„Upodlić i zastraszyć!”
„Oni u siebie robią to samo” – czytamy dalej w powieści. „W samym sercu stolicy zbudowali sobie twierdzę, by z niej, w razie czego, strzelać w stronę miasta. Uśmierzyć bunt niewolników. Ale tym zabawniejsze jest to, że strzelać tam w ogóle nie muszą, ludzie sami pamiętają o swoim niewolniczym stanie. Nie musisz im zakładać kajdan, ich pamięć i wyobraźnia same zakuwają im nadgarstki. Popatrz synu, popatrz w oczy tych ludzi, gdy car jedzie karetą nabrzeżem jekatryńskiego kanału, a zobaczysz, że tam właśnie, w tych oczach są skulone dusze. I otóż właśnie im idzie, by mieć rząd nad skulonymi duszami. Tu chcą zrobić to samo, skundlić, zeszmacić dusze Polaków. Żeby ten naród zamienić na rasę podległych im niewolników, takich samych jak u siebie mają. Wtedy dopiero nad nami w pełni zapanują. W tym celu sięgną po każdą metodę. Upodlić i zastraszyć! Skłócić nas ze sobą i podsycając wzajemne jady, dorzucając drew do ognia, patrzeć, jak się sami pozagryzamy”.
Czyż ten opis nie przywodzi na myśl znanych nam z autopsji widoków? Czyż to nie owe „skulone dusze” widać było we wzroku licznych polityków, ekspertów, artystów i dziennikarzy, którzy po tragedii smoleńskiej z oddaniem bronili tez rosyjskiego raportu, plugawili pamięć polskich pilotów, nawoływali do pojednania nad trumnami, do palenia zniczy na sowieckich cmentarzach? Albo – jak rzecznik rządu – po rosyjsku przepraszali pokornie za pochopną śmiałość oskarżeń? Czy to przypadkiem nie jest świadectwo, że Cytadela zmieniła swoją funkcję w pejzażu miasta, ale trwa niewzruszenie w świadomości podbitego narodu? Narodu, który z szyderczą nienawiścią odrzuca próby wyjaśnienia katastrofy, bo „tak się wdroży/Do cierpliwie i długo noszonej obroży,/Że w końcu gotów kąsać rękę, co ją targa”.
„Potępieńcze swary”
Powieść Łysiaka ilustruje przebieg tzw. rewolucji moralnej poprzedzającej powstanie, proces wyzwalania się z oków lęku, przezwyciężania duchowego paraliżu, odzyskiwania woli samostanowienia i niepodległości. Proces najeżony trudnościami niełatwych moralnych wyborów dokonywanych w obrębie wspólnoty, w której rozsiadła się Cytadela, skutkiem czego obok pełnych poświęcenia patriotów działają cyniczni zdrajcy, agenci, ale także ludzie złamani lub zagubieni, dalej: kunktatorzy, oportuniści, a wreszcie prostoduszni, polityczni ignoranci. Gdzie nie zawsze da się odróżnić jednych od drugich, a podziały konfliktują przyjaciół, rodziny, środowiska społeczne.
To cena, której nie da się uniknąć, gdy skulone dusze zaczynają się prostować. Ich rehabilitacja przebiega stopniowo, boleśnie, wśród „potępieńczych swarów” i nieporozumień. Bywa jednak, że przynosi efekty. Niekiedy oszałamiające, jak wówczas, w 1861 r., gdy okrutne represje tylko wzmagały opór i rozszerzały zaplecze przyszłego podziemnego państwa, zyskując mu coraz szersze poparcie wśród ludności cywilnej.
Tak było przed 150 laty, tak może się zdarzyć i dzisiaj.