Bez różowych okularów
Rozpoczyna się właśnie rok jubileuszowy III RP.
III RP wkracza w 25. rok swojego istnienia w stanie, który tylko przez różowe szkła może się wydawać zadowalający. Zadłużona i pozbawiona własnego przemysłu, łata budżet, grabiąc emerytury swoich obywateli. Ich liczba wciąż się zmniejsza skutkiem zapaści demograficznej i masowej, sięgającej 2 mln, największej w dziejach emigracji. Bezrobocie przekracza 13 proc. i nadal rośnie, trzecia część zatrudnionych została pozbawiona praw pracowniczych za sprawą umów śmieciowych. Korupcja zżera wszystkie urzędy – od gminnych po centralne. Edukacja i służba zdrowia są w ruinie, opieszałe sądownictwo – w kolizji z elementarnym poczuciem sprawiedliwości. Armię właściwie zlikwidowano. Na arenie międzynarodowej mamy status popychadła, które pokornie zabiega o łaskę przytroczenia do rydwanu zwycięzcy, nie bardzo nawet wiedząc, kto ma szansę nim zostać, a zatem czapkując na lewo i prawo. Partia rządząca, zamiast troszczyć się o marniejące dobro Rzeczypospolitej, judzi jej mieszkańców przeciwko sobie.
„Mamy wojnę”
Mocne słowa padły na tych łamach z końcem minionego roku. „Mamy wojnę” – oświadczył Piotr Gliński i obszernie omówił zniszczenia będące następstwem konfliktu politycznego, który od ośmiu lat rozdziera Polskę. Obserwacje Glińskiego są po części zbieżne z tezami przedstawionymi w książce „Antykaczyzm” Ryszarda Legutki. Refleksje obu profesorów – znakomitego filozofa i wybitnego socjologa – składają się na przygnębiający obraz społeczeństwa ogarniętego autodestrukcyjnym amokiem wewnętrznej walki, w której rujnuje się i marnotrawi te niewielkie zasoby, jakimi jeszcze dysponujemy.
To drastyczna diagnoza, budzi zatem odruchowy sprzeciw. Jaka wojna? Żyjemy przecież w normalnym, demokratycznym państwie, zgoda, biedniejszym i mniej stabilnym niż kraje zachodnioeuropejskie, ale jednak poddanym tym samym prawom politycznej konkurencji. W państwie niepodległym, zdolnym zatem zawsze korygować ewentualne błędy polityki wewnętrznej i zagranicznej, nadawać jej pożądany kierunek w debacie i przy wyborczej urnie, więc jeśli nawet różne nasze wspólne sprawy nie układają się najlepiej, zawsze możemy to naprawić, wykorzystując narzędzia demokracji, której retoryka wojenna tylko niepotrzebnie szkodzi.
Chcemy przecież wierzyć, że rozsądek w końcu przeważy, wyborcy dostrzegą destrukcyjny charakter obecnej władzy i ją zmienią. Że podziały można przekroczyć, wspólne cele uzgodnić i z powodzeniem realizować. Trudno pogodzić się z przepowiednią Jarosława Marka Rymkiewicza, że „to, co nas podzieliło – to się już nie sklei”. Wolimy myśleć, że stumanionych da się przekonać, konflikt zażegnać, zło dobrem zwyciężyć.
Jednakowoż… Najbardziej znany szermierz tej idei – bł. ks. Jerzy Popiełuszko – zginął śmiercią męczeńską. Tymczasem zło, z którym walczył – nienawiść wobec Polski i Kościoła – nadal się pleni, może nawet coraz bujniej. I nadal giną ludzie. Jak Marek Rosiak – z ręki politycznego fanatyka. Albo tak jak w czasach, gdy ks. Jerzy głosił swoje homilie: w niewyjaśnionych okolicznościach, tajemniczych wypadkach, w wyniku niepojętych samobójstw. A skoro giną ludzie, to może naprawdę „mamy wojnę”?
„Znika Polska”
Może to nasza wiara w działanie mechanizmów demokratycznych i w państwową suwerenność jest przejawem naiwności i eskapizmu? Albo – co gorsza – samozakłamania? Może wynika z niechęci do stawienia czoła prawdzie zbyt trudnej, by ją podźwignąć? Może to diagnoza Glińskiego, Legutki, Rymkiewicza jest prawdziwa, a my powątpiewamy w nią, by pozostać w świecie wygodnej iluzji?
Tę obawę potwierdza jeszcze jeden wybitny uczony – prof. Andrzej Zybertowicz, który w ostatnich dniach grudnia na portalu wPolityce opublikował tekst pt. „Czy jesteś żabą? Czy przypadkiem współczesna Polska, a z nią my wszyscy, nie znajduje się w sytuacji stopniowo podgrzewanej żaby?”. Zybertowicz odwołuje się do opowieści głoszącej, że żaba zalana wrzątkiem wyskoczy z garnka, ale podgrzewana z wolna – pozwoli się ugotować. Następnie autor przywołuje trzy alarmujące obserwacje: dramatycznie niską dzietność Polek, dalej – ustalony w badaniach prof. Krystyny Iglickiej fakt, że dla 64 proc. młodzieży „tylko praca i życie za granicą stwarza szansę na przyszłość”, a wreszcie opinię prof. Jerzego Hausnera, że „w Polsce nie istnieje ośrodek suwerennej myśli strategicznej”. Na koniec Zybertowicz konstatuje: „Te trzy fakty […] łącznie dają garnuszek, w którym siedzi żaba – nasz naród. Garnuszek, a raczej trójkąt bermudzki, w którym znika Polska jako organizm zdolny do rozwoju, kreatywności i podmiotowości. Staliśmy się narodem, który kurczy się biologicznie (fakt 1), kulturowo (bo młodzi orientują się na inne kraje i ich kultury – fakt 2) i który nie potrafi wyłonić z siebie elity dbającej o kraj (fakt 3). Część rodaków nie dostrzega zmian, które wygotują nam wodę niezbędną do zachowania Polski jako kraju, z którego możemy słusznie być dumni”.
„Raport z oblężonego miasta”
Obraz żaby w garnku jest zabawny, ale jego wymowa przerażająca: oto stoimy wobec zagrożenia naszej narodowej egzystencji. W tych okolicznościach spór partyjny powinien zejść na drugi plan, a skoro jest konsekwentnie podsycany, może rzeczywiście nie chodzi o konflikt polityczny wewnątrz podzielonej wspólnoty, ale o wojnę, której przedmiotem jest samo istnienie tej wspólnoty, jej szanse trwania i rozwoju. Czyli o wojnę, która toczy się tutaj od lat, a raczej stuleci. Między najeźdźcami i obrońcami „oblężonego miasta”, o którym pisał Herbert: „nie wiem kiedy zaczął się najazd/przed dwustu laty w grudniu wrześniu może wczoraj o świcie/wszyscy chorują tutaj na zanik poczucia czasu”. Nic dziwnego, skoro zmieniają się pokolenia i narzędzia walki, ale wojna trwa nieprzerwanie.
Oznaczałoby to, że III RP to nie żadna „trzecia niepodległość”, jak określił ją Jakub Karpiński w tytule książki wydanej w 2001 r., lecz kolejna namiastka samodzielnej państwowości, jedna z tych, które i wcześniej powoływano wolą europejskich potęg, by okiełznać buntowniczego ducha Polaków i zaprząc go w służbę mocarstw ościennych. Taki charakter miały i Królestwo Polskie, i PRL. Oba te protektoraty zyskały tu swoich zagorzałych zwolenników, „wewnętrznych Moskali” według określenia Rymkiewicza, sowicie wynagradzanych pieniędzmi, stanowiskami i prestiżem „elity” w zamian za uległość. Oba trwały dopóty, dopóki ich obywatele byli przekonani, że na nic lepszego ich nie stać, że ta niby-Polska jest jedyną realnie dostępną formą państwowego bytu. I oba odeszły w niesławie, gdy proponowana przez nie iluzja zaczęła pękać pod naporem realnych problemów społecznych, niemożliwych do rozwiązania w obrębie fasadowej państwowości.
Może rok jubileuszu III RP to dobry moment, by odrzucić różowe okulary i ujrzeć świat w jego właściwych barwach.