Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
25.12.2013 13:48

Pokój grzesznemu sierocie

Puste krzesło przy stole wigilijnym przeznaczone jest dla zbłąkanego wędrowca. Kogoś, kto znalazł się z dala od domu i bliskich.

Puste krzesło przy stole wigilijnym przeznaczone jest dla zbłąkanego wędrowca. Kogoś, kto znalazł się z dala od domu i bliskich. Należy go przyjąć i ugościć przez wzgląd na wspomnienie Marii i Józefa, bezdomnych w Betlejem. Ale także dlatego, że w tę szczególną noc nikt nie powinien być sam.
 
Dawniej sądzono, że dzieją się wówczas rzeczy osobliwe: cała natura odmienia się w oczekiwaniu na Zbawiciela – zwierzęta mówią, woda przeistacza się w wino, wróżby się spełniają. Zdaniem antropologów te wierzenia były starsze niż chrześcijaństwo – wywodziły się z prasłowiańskich obyczajów związanych z przesileniem zimowym (21–22 grudnia), a Kościół nadał dawnym przesądom katolicki sens. Jakkolwiek je tłumaczyć, w świadomości wielu pokoleń utrwaliło się przekonanie, że to niezwykły wieczór, gdy zasłona codzienności zdaje się prześwitywać, pozwala dostrzec zarysy wszechświata, budzi metafizyczną tęsknotę, pytania o sens i cel kosmicznego ładu. I może także dlatego nikt wtedy nie powinien być sam – egzystencjalny niepokój łatwiej uśmierzyć w bezpiecznym kręgu rodziny wpisanej w zbiorowy rytuał wspólnoty.

„Samotność – cóż po ludziach…”

Taki niepokój bowiem, gdy trzeba go pokonywać samotnie, może człowieka strącić w otchłań rozpaczy – o tym przekonuje „Dziadów” część III, która rozpoczyna się właśnie w Wigilię. Oto widzimy spotkanie samotnych mężczyzn, których wyrwano z domowych pieleszy i zamknięto w więzieniu. Przeżywają oni podwójną porażkę: ingerencja w życie rodzinne jest skutkiem przemocy wobec całej zbiorowości, której rodzina jest częścią – wobec narodu. Naturalny porządek doczesnego świata zostaje tym samym gruntownie zaburzony. W ślad za tym postępuje zwątpienie w ład metafizyczny. Wyraża się ono bluźnierstwem: „Nie uwierzę, że nam sprzyja Jezus Maryja”, śpiewa Jankowski.

Jeszcze dalej posuwa się Konrad, gdy zostaje w celi sam. Wielka Improwizacja rodzi się z udręki, jaką wyobcowana jednostka przeżywa w obliczu bezmiaru wszechświata: „Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?”. Konrad, nie znalazłszy ani osobistego szczęścia, ani oparcia we wspólnocie, zdezintegrowanej zewnętrzną opresją, decyduje się samodzielnie przywrócić sprawiedliwość, domaga się nieograniczonej władzy, przekonany, że urządzi ten świat lepiej, aniżeli uczynił to Bóg: „I większe niźli Ty zrobiłbym dziwo, zanuciłbym pieśń szczęśliwą!”. Zrozpaczony niepowodzeniem swoich żądań dochodzi do wniosku, że tylko nauka może odebrać nieczułemu Bogu panowanie nad światem: „Ten tylko, kto się wrył w księgi, / W metal, w liczbę, w trupie ciało, / Temu się tylko udało / Przywłaszczyć część Twej potęgi”. Wreszcie, próbując przezwyciężyć wszechobecne cierpienie, popada w pychę i pogardę dla bliźnich: „Co ja zechcę, niech wnet zgadną, / Spełnią, tym się uszczęśliwią, / A jeżeli się sprzeciwią, / Niechaj cierpią i przepadną”.
W 180 lat po napisaniu tych słów wiemy, że to projekt w istocie totalitarny. Konrad odstąpił od niego i uratował się przed potępieniem dzięki modlitwie ludzi pokornych, przede wszystkim Księdza Piotra. W dniu Bożego Narodzenia, w finale sceny egzorcyzmów, chóry anielskie śpiewają; „Pokój, pokój prostocie, / Pokornej, cichej cnocie! / Sługo, sługo pokorny, cichy, / Wzniosłeś pokój w dom pychy, / Pokój grzesznemu sierocie”.


Po utracie wiary, nadziei, miłości

Tak bardzo przywykliśmy traktować „Dziady” jako misterium narodowe, że często umyka naszej uwagi wpisany w nie dramat egzystencjalny. Wielka szkoda, bo w rozterce Konrada dostrzec można prefigurację dylematów współczesnego Europejczyka, który podjął i rozwinął przemyślenia Wielkiej Improwizacji. On także stoi osamotniony wobec zagadki istnienia. Dwudziesty wiek wytrącił go z uregulowanych wielowiekową tradycją kolein losu. Nadwątlone bądź wręcz zniszczone więzi rodzinne nie zapewniają mu dostatecznego oparcia. Kryzys zbiorowych tożsamości skazuje go na społeczną alienację i wybujały indywidualizm, który prowadzi do pychy, bezkrytycznej wiary w potęgę nauki i coraz to nowych, dyktowanych rozpaczą prób samodzielnego urządzenia świata, wbrew prawom boskim i naturalnym. W tym wysiłku człowiek współczesny ulega pokusie walki o „rząd dusz”, rzuca wyzwanie Bogu, upatrując przyczyny swoich niepowodzeń w aktywności Kościoła. W rezultacie tylko coraz bardziej pogrąża się w nieszczęściu, coraz niżej upada. Ułudę omnipotencji łączy z dekadencką świadomością „końca historii”, a zagubione poczucie sensu próbuje odzyskać poświęcając się zabiegom o powodzenie materialne, karierę zawodową i tak zwaną samorealizację, czyli desperacką próbę zastąpienia utraconej wiary, nadziei, miłości żałosnym narcyzmem. Wszystko to stanowi budulec zbyt tandetny, aby wznieść z niego schronienie dla jednostki porażonej bezmiarem wszechświata, toteż tęsknota za metafizycznym ładem, aczkolwiek wyparta, zakwestionowana i wyszydzona, powraca tyleż nieuchronnie, ile nieoczekiwanie.

Droga do Betlejem

Tę prawidłowość w przejmujący sposób ilustruje tytułowe opowiadanie Antoniego Libery z opublikowanego przez Wydawnictwo Więź tomu „Niech się panu darzy…”. Akcja toczy się w Wigilię, którą bohater przeżywa samotnie. Już na wstępie dowiadujemy się, że „Brakowało mu poczucia przynależności do jakiejkolwiek wspólnoty. Pochodził z domu, jak zwano to górnolotnie, wolnomyślicielskiego. Z tej wolności jednak więcej było straty niż pożytku”. Jej ceną było bowiem społeczne wyobcowanie i metafizyczne zagubienie, których doświadczali już jego rodzice: „Najgorszy jednak był trujący efekt nieustannej negacji, nadmiar goryczy i smutku. Ich filozofia, skądinąd szlachetna, a polegająca na absolutyzowaniu pracy, okazała się niewystarczająca. Bo praca dla samej pracy, jako panaceum na wszystko, nie dawała szczęścia. Bez identyfikacji z czymś »poza«, z jakąś nadrzędną wartością, stawała się fetyszem. A owej identyfikacji właśnie brakowało. Historyczne »dziś« było odrzucone; »wczoraj« – traktowane krytycznie; metafizyka – zakwestionowana”. W takim domu Wigilia była tylko martwą konwencją pozbawioną radości i ciepła.

Toteż bohater jej nie lubi i nie celebruje. Jest emigrantem, nie założył rodziny, poświęcił się karierze naukowej, która przyniosła mu niezaprzeczalny sukces. Zyskał międzynarodową sławę jako fizyk, pracuje – rzecz znamienna – nad teorią chaosu. Wieczór wigilijny spędza w hotelu, w obcym mieście, gdzie akurat wypadł mu wykład. A jednak, choć religię uważa za bajkę, a do samotności przywykł, nie może sobie znaleźć miejsca. Wdaje się w dziwną grę z losem, wyraźnie podszytą tęsknotą za metafizycznym ładem – sprawdza, dokąd zaprowadzi go przypadek. A ten prowadzi go do Betlejem.

Czyli tam, gdzie Bóg zstąpił na ziemię w krąg rodzinnej miłości. W tym kręgu nadal się uobecnia. W samotności – jak widać w trakcie Wielkiej Improwizacji – uobecnia się raczej diabeł.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane