Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
05.10.2013 15:11

Pożegnanie Lorda Jima

Lord Jim dzisiaj miałby twarz Adama Bieleckiego, który zszedł z Broad Peak, pozostawiając na nim swoich kolegów. Miałby, gdyby dane mu było wciąż istnieć w polskiej wyobraźni.

Lord Jim dzisiaj miałby twarz Adama Bieleckiego, który zszedł z Broad Peak, pozostawiając na nim swoich kolegów. Miałby, gdyby dane mu było wciąż istnieć w polskiej wyobraźni. Zniknął z niej jednak, jak się zdaje, definitywnie. I zabrał ze sobą pojęcia honoru, wierności, odpowiedzialności moralnej.

Trudno opędzić się od takich myśli, śledząc dyskusję, jaką wywołał w mediach raport Polskiego Związku Alpinizmu na temat tragedii na Broad Peak. Przedstawiono w nim surową ocenę dwóch alpinistów, którzy jako sprawniejsi i bardziej wytrzymali członkowie wyprawy wyprzedzili pozostałą dwójkę w drodze na szczyt i zeszli z niego, nie czekając na towarzyszy, ci zaś w czasie powrotu zginęli. Krytyka takiej postawy wywołała oburzenie. „Sytuacje ekstremalne, a taka miała tam miejsce, rządzą się trochę innymi prawami. Tutaj nie można mieć do kogoś pretensji, że ratował własne życie” – oświadczył himalaista Marcin Kaczkan. Podobnie broni Bieleckiego Krzysztof Wielicki, kierownik wyprawy: „Na pewno chłopak miał stracha. Trudno jednak nazwać kogoś, kto boi się o własne życie, tchórzem”.

Czyżby? Komu zatem przysługuje to miano?

Kozioł ofiarny

Sam Adam Bielecki w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym” przyznaje, że powodował nim głównie lęk: „Byłem przerażony późną porą. Tak, pognałem, bo zwyczajnie się bałem”. Na antenie RMF FM twierdzi zaś: „Zasada jest prosta. Jeżeli idziemy jako zespół, to wchodzimy i schodzimy, jako zespół, ale tu czynniki były takie, a nie inne. W pewnym momencie ratowaliśmy po prostu swoje życie. Jest taki moment, kiedy poziom empatii spada i odzywa się instynkt samozachowawczy. Gdy schodziłem, gdy zostałem już sam – byłem zwierzęcą maszyną nastawioną na przetrwanie”. Nie przeszkadza mu to uznać, że zarzuty są niesprawiedliwe. „Zostałem kozłem ofiarnym. Uważam, że stałem się ofiarą polskiego piekła, dlatego myślę, że wyniosę się na Zachód” – skarży się współczesny Lord Jim. Jak się wydaje, nie poczuwa się do winy.

Całkiem inaczej niż bohater Conrada. Tamten także uległ słabości ze strachu o własne życie. I także w warunkach ekstremalnych: „Patna” z ośmiuset pielgrzymami na pokładzie uderzyła w przeszkodę, w wyniku czego puściła przerdzewiała gródź na dziobie. Niebo ciemniało nadciągającą burzą. Wydawało się pewne, że parowiec zatonie. Szalup ratunkowych było zbyt mało dla wszystkich pasażerów, załoga zatem postanowiła ewakuować się pierwsza, cichaczem, nim statek pójdzie na dno. „Skacz!” – wołano z szalupy i pierwszy oficer skoczył. Nie było czasu, nic nie dało się zrobić – sądził. „Patna” jednak nie zatonęła, francuska kanonierka przyholowała ją do portu, więc nikt nie stracił życia za sprawą jego tchórzostwa. A mimo to Jim czuł brzemię winy i hańby. Dlatego stawił się przed sądem, zamiast umknąć przed odpowiedzialnością jak dowódca okrętu. I dlatego przez resztę życia próbował odzyskać godność we własnych oczach. Zasłużyć na szacunek i zaufanie. Też mógł powiedzieć o sobie, że stał się kozłem ofiarnym – pozostali członkowie nikczemnej załogi uchylili się od procesu. Nie użalał się jednak nad sobą, szukał sposobności do zadośćuczynienia, by się zrehabilitować, ponieważ z obawy o życie zawiódł własne wyobrażenie o męstwie i moralnych powinnościach, utracił honor.

Wychowani na Conradzie

„Lord Jim” był ostatnią lekturą marszałka Piłsudskiego – książka leżała na stoliku w pokoju, w którym umarł. Ukształtowała też wrażliwość moralną jego dzieci – pokolenia wychowanego w niepodległej Polsce. Historię tej fascynacji opisał Leszek Prorok w „Inicjacjach Conradowskich”: „Swoisty typ zainteresowania intrygującym pisarzem, szczególnie w kręgach młodzieży akademickiej i harcerskiej, przyniósł w ostatnich latach przedwojennych rozwój żeglarstwa sportowego. […] Wychowanie wodne, któremu przed wojną towarzyszył nieledwie snobistyczny kult Conrada, nie było sprawą wyłącznie sportową. Kształciło również sferę woli i charakteru. […] Można zaryzykować twierdzenie – i zyskać na nie pokaźny materiał dowodowy – że oprócz dominujących w literackim programie szkoły średniej romantyków, na ukształtowaniu pokolenia polskiego ruchu oporu, a przynajmniej znacznej i to znaczącej jego części, zaważył najmocniej właśnie Conrad ze swoim ideałem wierności słowu, nawet w sytuacji skazanej z góry na przegraną, z ideałem honoru, poczucia obowiązku i absolutnej wiążącej mocy rygorów moralnych, które człowiek sam na siebie nakłada”.

Przejmujące, bo osobiste świadectwo tej formacyjnej roli Conrada przedstawił Jan Józef Szczepański w opowiadaniu „W służbie Wielkiego Armatora” z tomu „Przed nieznanym trybunałem”. Nakreślił tam myślowy horyzont „pierwszego normalnego, zdrowego psychicznie pokolenia Polaków od paru stuleci”, które szukało wzorów poza tradycyjnym obszarem narodowej martyrologii. „Bardzo nam zależało na naszej normalności – twierdził. – Chcieliśmy rozumieć świat i nasze w nim losy w kategoriach racjonalnych konieczności […] wyznaczyć granicę między koniecznym ryzykiem a słabością. Żeby wiedzieć, gdzie kończy się obowiązek, a zaczyna tchórzostwo”.

Te potrzeby zaspokajał właśnie Conrad. Autor, który wskazywał, jak pisze Szczepański, że „skoro sfera ładu absolutnego pozostaje niedostępna naszemu poznaniu, musimy przynajmniej okazać się godni tego ładu, który nas ukształtował, którego dziedzictwo uznajemy z dumą za własne i którego prawom winni jesteśmy wierność. […] Patriotyzm mojego pokolenia też był patriotyzmem cywilizacji europejskiej […] wiedzieliśmy, że zalewa nas żywioł chaosu, groźna fala atawizmów historii i że musimy się przeciwstawić tej katastrofie – tym razem już nie tylko w imię alegorycznej, Grottgerowskiej damy w kajdanach, ale w imię wszystkiego, co dzieliło nas od barbarzyńskich początków tego kontynentu, co z takim trudem rosło od tylu wieków, aż w końcu słowo Europa stało się nazwą wizji, stało się zobowiązaniem. Przyświecała nam nadzieja powrotu na stały ląd owej idealnej Europy”.

Żywioł chaosu

Dzisiaj wizja Europy także dominuje umysły, ale przyjęła postać ziemi obiecanej, do której ucieka się z „polskiego piekła” jak to w pierwszym odruchu zamierzał uczynić Adam Bielecki. Ta tęsknota nie ma nic wspólnego z pragnieniem powrotu na stały ląd budowanego przez wieki ładu, którego prawa należy szanować. Przeciwnie. Kojarzy się z permisywną Arkadią, w której nie można nazwać tchórzem tego, kto boi się o własne życie, bo normy moralne skutecznie zrelatywizowano.

Conrad wychował pokolenie II Rzeczypospolitej, które potrafiło wtopić głęboki patriotyzm w perspektywę uniwersalną i przechodzi do historii jako najlepsze, najbardziej ofiarne polskie pokolenie na przestrzeni stuleci. Także najbogatsze liczbą wybitnych jednostek, by wspomnieć tylko Karola Wojtyłę.

W postkolonialnej Polsce Lord Jim przepadł bez śladu w ostępach Patusanu, mało kto dziś o nim choćby pamięta. Toteż w III RP wyrosła generacja, dla której sport nie jest szkołą woli ani charakteru, lecz trampoliną do sławy osiąganej za cenę przeistoczenia się w „zwierzęcą maszynę nastawioną na przetrwanie”. Generacja, dla której honor jest anachronizmem, natomiast „żywioł chaosu” stanowi przyjazne środowisko dla folgowania własnym egoizmom. To formacja, która spycha nasz kontynent do jego barbarzyńskich początków, gdy rządziło prawo silniejszego.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE