Strażnik muru getta
Zachowane fragmenty muru warszawskiego getta przy ulicy Siennej są dziś znane mieszkańcom stolicy i rzeszom turystów z całego świata. Jest to zasługa jednego upartego człowieka – Mieczysława Jędruszczaka.
Urodziłem się i dorastałem w mieście, w którym nie było żydowskiego getta. Owszem był w Warszawie pomnik jakichś bohaterów getta. Stał przy ulicy Anielewicza – człowieka o dość śmiesznym imieniu: Mordechaj…
Nie pamiętam, bym w szkole – lata 60. i 70. – dowiedział się czegoś istotnego o powstaniu w warszawskim getcie. Nie kojarzyłem żadnych wydarzeń, dat ani miejsc. Zdecydowanie więcej wiedziałem o rewolucji październikowej.
Stan niepamięci
Dziś w Warszawie jest więcej pamiątek po getcie: na Umschlagplatzu stoi pomnik, na Chłodnej jest mural, przypominający o świetlistym moście, kładce łączącej getto z pozostałą częścią miasta, a przebieg muru, odgradzającego utworzoną przez Niemców dzielnicę żydowską od reszty miasta - i świata - wyznaczają kolejne 22 pomniki. I trudno doprawdy uwierzyć, że jeszcze ćwierć wieku temu getto w świadomości mieszkańców Warszawy praktycznie nie istniało. Jedynym śladem był papierowy plan, eksponowany w Żydowskim Instytucie Historycznym. Sam Instytut nie był jednak eksponowany, przeciwnie, raczej dyskretnie schowany w cieniu rozbabranej przez lata budowy „błękitnego wieżowca”. Bardziej znane było wówczas, odległe o parę metrów Muzeum Lenina w pałacu Przebendowskich – obecnie Muzeum Niepodległości.
Taki stan świadomości nie wynikał tylko z tendencyjnych programów szkolnego nauczania historii. Złożyła się nań również sama historia.
Spora grupa mieszkańców stolicy przybyła do niej po wojnie. Zasiedliła miasto, w którym zmieniło się wszystko – kształt dzielnic, przebieg ulic – dosłownie kamień na kamieniu nie pozostał… Rdzenni warszawiacy zaś z pokolenia moich rodziców i dziadków starali się wyprzeć z pamięci wojenne wspomnienia – żyć w miarę normalnie, nie rozpamiętując koszmarów.
Zaskoczył mnie więc „list od czytelnika” wydrukowany jesienią 1986 r. w „Polityce”. Jego autor Zygmunt Nissenbaum domagał się godnego upamiętnienia istniejących wciąż – tak! – fragmentów muru warszawskiego getta. Podał ich lokalizację. Nazwisko autora nie było mi obce. Był to człowiek, który właśnie uratował od zapomnienia i zagłady Cmentarz Żydowski na Bródnie (dawniej Kirkut Praski). Założyciel fundacji ratującej zabytki kultury żydowskiej w Polsce.
List Nissenbauma został wydrukowany, co oznaczało, że „Polityka” uznała temat za wyczerpany. Ja – reporter studenckiego tygodnika „itd.” – przeciwnie, wyruszyłem, by dotknąć, zobaczyć mur na własne oczy.
Rzeczywiście był, z pociemniałej cegły, oddzielał podwórka domów przy Siennej 55, 57, 59 i Złotej 64. Nie było jeszcze wtedy informacji, że cegły wyjęte z muru trafiły do Muzeum Holocaustu i instytutu Yad Vashem. Jedyna tabliczka informowała o godzinach dozwolonego trzepania. Tuż obok muru znajdował się trzepak i śmietnik.
Dozorczyni bloku przy ul. Żelaznej 64, pani Maria Kaleta, usłyszawszy o co chodzi, natychmiast doprowadziła mnie do mieszkania pana Mieczysława Jędruszczaka. Po drodze wspomniała, że chciano już ten mur rozebrać, by ułatwić dojazd śmieciarce MPO. Ale lokatorzy zaprotestowali, że to pamiątka: „Bo chociaż wyznania mojżeszowego, ale to przecież byli Polacy!”.
Harcerz i grawer
Tak poznałem Mieczysława Jędruszczaka, upartego człowieka, który, walcząc z obojętnością biurokracji, zamienił anonimowe, zaniedbane podwórko w autentyczne miejsce pamięci narodowej. To on właśnie poinformował Zygmunta Nissenbauma o wciąż istniejących w Warszawie pozostałościach muru getta.
Gdy wybuchła wojna, miał 18 lat, był harcerzem przeszkolonym w łączności. W pierwszych dniach września podjął służbę na poczcie w Rembertowie. Dzięki brzydkiemu nawykowi podsłuchiwania rozmów, przyczynił się do wykrycia kilku dywersantów z kolonii niemieckiej, która sąsiadowała z wojskowymi instytucjami w Rembertowie. Okupację spędził w Parczewie. W wywiadzie Armii Krajowej zajmował się wyszukiwaniem konfidentów i dokumentowaniem ich działań. Nie mógł sobie pozwolić na żadne nieścisłości, bo wynikiem jego działań były wykonywane wyroki śmierci. Ta skrupulatność i dokładność pozostała mu już na zawsze.
Po wojnie został grawerem. Najpierw jednak spędził trzy lata w łagrze NKWD w Borowiczach. Do Warszawy wrócił w 1950 r., zamieszkał przy ul. Siennej. W wolnych chwilach zajmował się dokumentowaniem historii.
Nazwiska, daty, fałszerstwa
Sporządził m.in. relację z Marszu Śmierci – w lutym 1940 r. był świadkiem zamordowania przez Wehrmacht i SS polskich jeńców pochodzenia żydowskiego, prowadzonych przy 20-stopniowym mrozie z Lublina do Białej Podlaskiej. Odtworzył trasę marszu, zebrał relacje świadków, napisał artykuł, który wydrukował tygodnik „Fołks Sztyme”. W Parczewie 17 stycznia 1944 r. był świadkiem egzekucji 12 ludzi. Już po wojnie, odwiedziwszy Parczew, nie mógł zrozumieć, dlaczego na pamiątkowej tablicy jest tylko sześć nazwisk. I dlaczego data egzekucji jest przekłamana o rok (1943). Szperając w dokumentach, rozmawiając z ludźmi, ustalił nazwiska bezimiennych ofiar – sprawił, że pojawiły się na tablicy, a data kaźni została poprawiona.
Czytając wspomnienia rozmaitych „kombatantów”, obnażał kłamstwa i fałszerstwa. Skutecznie. Po jego interwencjach np. wydawnictwo Wiedza Powszechna zrezygnowało ze wznowienia książki „Lasy Parczewskie” Wojciecha Sulewskiego, zawierającej według Jędruszczaka tyle kłamstw, że nie sposób było przejść koło nich obojętnie.
Pod koniec lat 70. zainteresował się wojennymi losami swojej dzielnicy – Woli. Nieoczekiwanie naprzeciw własnego okna odkrył autentyczny fragment muru warszawskiego getta. Kolejne interwencje, dziesiątki pism i listów wysyłanych do różnych instytucji sprawiły, że zaniedbany kawałek muru stał się celem wycieczek z całego świata. Teren uporządkowała Fundacja Rodziny Nissenbaumów, a Mieczysław Jędruszczak wykonał i zawiesił na murze dużą mapę getta. W 1992 r. odwiedził to miejsce prezydent Izraela Chaim Herzog (nawiasem mówiąc jeden z nielicznych polityków izraelskich tego pokolenia, który nie urodził się w Polsce, lecz w… Irlandii Północnej). Wpisał się, jak tysiące innych, do Pamiątkowej Księgi pana Mieczysława.
„Z przyjemnością spotkałem największego żydowskiego goja” – taki zapis z kolei zostawił w tej księdze Reuven Zygielbojm, najmłodszy brat Szmula, który protestując przeciw obojętności aliantów wobec zagłady warszawskiego getta, popełnił w Londynie samobójstwo 12 maja 1943 r.
Rok temu jeszcze spotkałem pana Mieczysława Jędruszczaka w enklawie przy ul. Siennej – opowiadał jakiemuś turyście historię getta. Dziś ma 92 lata i stan zdrowia nie pozwala mu na rozmowy. Ale to, co zrobił przez całe swoje życie, mówi dziś za niego.