Prezydent w kartonach
Mało który polityk zaznał tyle niesprawiedliwej krytyki, co Lech Kaczyński. Był pogardzany i marginalizowany – mimo to nigdy nie zwątpił w sens walki o silną i niepodległą Polskę. Dziś, gdy nie ma go już wśród żywych, elity Trzeciej Rzeczypospolitej
Po uroczystym zaprzysiężeniu przed dwoma izbami parlamentu Rzeczypospolitej Polskiej, 6 sierpnia 2010 r., prezydent Bronisław Komorowski pojechał do Pałacu Prezydenckiego. Wysiadłszy przed wejściem, zaskoczył jednak funkcjonariuszy BOR-u. Bo zamiast do pałacu, ruszył w stronę krzyża, który upamiętniał tragiczną śmierć jego poprzednika Lecha Kaczyńskiego i 95 towarzyszących mu osób. Bronisław Komorowski przyklęknął tam i modlił się przez dłuższą chwilę. Ciszę, która zapanowała na Krakowskim Przedmieściu, zakłócał jedynie łopot biało-czerwonych flag na masztach przed Pałacem Prezydenckim. Cisza w tym miejscu jest zresztą dziś czymś normalnym. Zaraz po wygaśnięciu oficjalnej żałoby narodowej zamknięto pobliską knajpę, której klientela głośnym zachowaniem zakłócała nastrój zadumy. Władze stolicy zdecydowały bowiem, że teren w promieniu stu metrów wokół spontanicznie ustawionego zaraz po katastrofie krzyża będzie miejscem narodowej kontemplacji.
Podniósłszy się z kolan, prezydent Komorowski zwrócił się do zgromadzonych przy krzyżu: „To jest nasza wspólna tragedia, wspólna żałoba, która naznaczyła nas smutkiem i dotkliwym bólem. Pamięć o tragicznie zmarłym prezydencie Lechu Kaczyńskim, moim wielkim poprzedniku, o wszystkich naszych siostrach i braciach, wybitnych obywatelach, którzy zginęli razem z nim, jest dla nas wszystkich – a dla mnie jako prezydenta Rzeczypospolitej szczególnie – wielkim zobowiązaniem. Tak mi dopomóż Bóg". Zebrani nagrodzili te słowa oklaskami. Zaintonowano hymn narodowy.
Tak pewnie wyglądałoby to w Stanach Zjednoczonych. W Polsce jest to niestety tylko political fiction.
Niewygasłe znicze
Praktyka wyglądała zdecydowanie inaczej. Co prawda Bronisław Komorowski w orędziu stwierdził: „Pamięć o tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem w katastrofie lotniczej, jest naszym i moim osobiście, jako Prezydenta Rzeczypospolitej obowiązkiem". Ale mówiąc o tragedii i żałobie, używał czasu przeszłego. Nie zapomniał też się pochwalić: „w tym trudnym czasie potrafiliśmy zapewnić ciągłość władzy państwowej, potrafiliśmy godnie oddać hołd ofiarom katastrofy".
Przypomnijmy zatem: 3 sierpnia 2010 r., trzy dni przed zaprzysiężeniem Komorowskiego, podjęto pierwszą próbę usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. Najwyraźniej Bronisław Komorowski nie miał doradcy, który by przypomniał rzecz oczywistą – że emocjonalna żałoba trwa zwykle około pół roku. Cywilizowany świat stara się to uszanować. Tymczasem 6 sierpnia od katastrofy smoleńskiej nie minęły nawet cztery miesiące. Prawdziwy stosunek władz do pamięci o katastrofie smoleńskiej pokazała stołeczna straż miejska, która usuwała sprzed Pałacu Prezydenckiego niewygasłe jeszcze znicze.
Mając to w pamięci, nie zdziwiłem się wcale, że podczas oficjalnej promocji książki „Lech Kaczyński. Biografia polityczna" w warszawskim Trafficu nie było kamer publicznej telewizji. Nie zaskoczył mnie również jeden z autorów biografii tragicznie zmarłego prezydenta Adam Chmielecki, który powiedział, że archiwum Lecha Kaczyńskiego mieści się obecnie w kilkudziesięciu kartonach. Dokładnie opisanych i zmagazynowanych przez córkę tragicznie zmarłego Prezydenta RP.
Niepamięć zadekretowana
Sam Chmielecki był tym faktem zdziwiony i przejęty. Bo zanim to odkrył, był przekonany, że dorobek prezydenta jest objęty ochroną i opieką przez państwo. „Powinno chyba powstać jakieś muzeum czy instytut…?!" – zastanawiał się ten młody, wykształcony człowiek, który wie, jak w cywilizowanym świecie pielęgnuje się ideę ciągłości państwa.
Sławomir Cenckiewicz, szef zespołu autorskiego, wyrażał z kolei wdzięczność wobec Marii Kaczyńskiej, która przez dziesiątki lat konsekwentnie gromadziła archiwum życia i działalności swojego męża. Bogate zbiory wycinków prasowych i nagrania telewizyjnych wystąpień na kasetach wideo okazały się wielką pomocą dla autorów biografii. Państwowa telewizja nie ma bowiem takich zbiorów.
Wynika z tego, że pamięć o tragicznie zmarłym Prezydencie RP jest w zasadzie prywatną sprawą życzliwych mu osób, jego wyborców i zwolenników, powiedzmy sobie szczerze: „smoleńskich oszołomów". Instytucjom państwowym – jak np. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – najwyraźniej nic do tego!
Choć może nie do końca. Już od dawna funkcjonuje przecież nieformalne Ministerstwo Prawdy. Potknięcia i przejęzyczenia Lecha Kaczyńskiego nagłaśniano i rozdmuchiwano, wyolbrzymiano jego domniemane wady… Nic zatem dziwnego, że dwa tygodnie po Smoleńsku jeden z dziennikarzy radia TOK FM „odkrył", na czym polegała przełomowość prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Otóż pokazał on, że prezydentem może zostać każdy. Wystarczy być!
Brak zainteresowania państwowych mediów powstaniem książki „Lech Kaczyński. Biografia polityczna" staje się w tym kontekście absolutnie zrozumiały – ich zdaniem zespół pod kierownictwem Sławomira Cenckiewicza wykonał wielką pracę o niczym!
Pamięć żywa
Wobec urzędowej amnezji liczy się każde osobiste wspomnienie. W 1997 r. robiłem wywiad z Lechem Kaczyńskim dla miesięcznika „Odra" (nr 5/1997). Był wówczas z boku świata polityki, w 85 proc. – jak stwierdził – przekonany, że już do niej nie wróci. Gdy zapytałem: „Nie zaproponowano panu nic?", żachnął się: „Przecież pracuję na uniwersytecie. Rzeczywiście, posady ambasadora ani wiceprezesa banku nie proponowano, ale nie mogę powiedzieć, żebym nie miał propozycji. Ówczesny premier Oleksy proponował mi stanowisko szefa urzędu centralnego. Ale, choć dobrze mi się współpracowało z Oleksym, nie będę, ze względu na jego dzisiejszą sytuację, mówił, że źle – była to dla mnie propozycja nie od przyjęcia".
W tych kilku zdaniach dostrzec można filozofię życiową Lecha Kaczyńskiego. Wypadnięcie z „karuzeli stanowisk" nie było dlań życiową klęską. Przypomnienie o dobrej współpracy z politycznym przeciwnikiem – który akurat był w poważnych opałach i nawet niewielu jego towarzyszy przyznawało się wówczas do znajomości z nim – świadczyło, że Kaczyński miał twardy charakter i nie zwykł „kłaniać się okolicznościom".
Dzięki książce „Lech Kaczyński. Biografia polityczna", możemy się przekonać, że istotnie taki był.