Na początku czerwca 1863 r. „fizjonomia miasta od zimy znacznie się zmieniała. Na ludziach znać było przygnębienie, młodzieży mało było widać na ulicach, często patrole krążyły po wszędzie” – wspominał Kazimierz Szczaniecki. I w tym przygnębiającym czasie kilku odważnych ludzi dokonało rzeczy wydawało się niemożliwej: w Warszawie pełnej rosyjskiego wojska, żandarmów, szpicli przejęto fundusze Komisji Skarbu. „Już tego samego dnia wieczór rozeszła się pogłoska, a nazajutrz 10 czerwca całe miasto wiedziało…” – zapamiętał Józef Kajetan Janowski.
Chłopaki z podziemia 1863
Dla terroryzowanego i upokarzanego miasta wiadomość ta była niczym haust świeżego powietrza. Chyba podobnego uczucia doznali dokładnie 80 lat później warszawiacy, gdy latem 1943 r. oddział Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej w akcji „Góral” porwał ciężarówkę ze 105 mln zł, czyli milionem ówczesnych dolarów… Moje zaś pokolenie w stanie wojennym śpiewało za Janem Krzysztofem Kelusem o uwolnieniu ze szpitala pilnowanego przez milicjantów – wcześniej postrzelonego przez jednego z nich – znanego działacza mazowieckiej Solidarności: „Wie już Polska cała/że Jasio Narożniak/zrobił glinę w wała/Mieli ze szpitala/wziąć go do więzienia/ale mu pomogli/chłopaki z podziemia…”. A kilka miesięcy wcześniej, tuż przed 13 grudnia 1981 r. dolnośląska Solidarność wypłaciła z wrocławskiego banku 80 mln zł. Różne epoki, ale radość wolnych Polaków ta sama, podobnie jak bezsilna wściekłość zaborców, okupantów i rodzimych zdrajców.
Akcję w 1863 r. wymyślił Aleksander Waszkowski, 22-letni syn oficera polskich wojsk. Na wieść o początkach moralnej rewolucji rzucił studia w Petersburgu i przyjechał do Warszawy, gdzie przystąpił do organizacji narodowej. Walery Przyborowski pisał o nim: „Patriota gotowy dla ojczyzny wszystko i wszystkich poświęcić, wszystko przełamać, przedsięwziąć rzeczy najniepodobniejsze do uskutecznienia”. Pierwszym z nich było, w lutym 1863 r., wykradzenie z Wydziału Pomiarów Komisji Skarbu 52 ogromnych sekcji najdokładniejszych map Królestwa Polskiego, które rozesłano powstańczym dowódcom.
W głowie Waszkowskiego zaczął dojrzewać kolejny pomysł: przejęcie majątku z Komisji Skarbu i przekazanie go Rządowi Narodowemu. Potraktowano go niczym szaleńca, ale on nie rezygnował. Rozpoczął rozmowy z kasjerem Kasy Głównej Stanisławem Jankowskim i jej kontrolerem Stanisławem Hebdą. Ich rolą było przekazanie kluczy, aby można było zrobić ich kopie, i wskazanie odpowiednich woźnych do pomocy. Obaj nie byli już ludźmi młodymi, pierwszy miał lat 60, drugi 54 i gdy usłyszeli tę propozycję – odmówili. Nie wyobrażali sobie złamania urzędniczej przysięgi i pomocy w wyniesieniu pieniędzy, które im powierzono, nawet jeżeli służyły zaborcy. Waszkowski niestrudzenie ich jednak przekonywał, że „odmowa z ich strony będzie wprost zdradą sprawy niepodległości ojczystej, przez cały kraj upragnionej, zdradą narodu, wiary jego i tradycji”. W końcu się zgodzili, polecili też woźnych: Sebastiana Bielińskiego, Jana Kołtunowskiego i Mateusza Tyszkowskiego. Cała piątka miała otrzymać paszporty i odpowiednią kwotę, aby wraz z rodzinami móc bezpiecznie wyjechać za granicę. Przygotowania trwały kilka dni i wszyscy działali pod groźbą kary śmierci, w ogromnym psychicznym napięciu. Woźni przekazali klucze Waszkowskiemu, a ten pobrał odciski w wosku. Za kilka dni przyniósł im kopię, aby sprawdzić, czy pasują. Pasowały, ale kasjerzy je zabrali i stwierdzili, że się wycofują. Zostali jednak przechytrzeni, Waszkowski dorobił bowiem dwa komplety i jeden zostawił u siebie. W końcu obiecali jednak mu pomóc.
„Na korzyść własnej kieszeni”
Tymczasem o przygotowaniach dowiedziała się rosyjska agentura. Podjęto decyzję, aby pieniądze przenieść do Cytadeli. Ponadto zaborcy zażądali zastąpienia polskich urzędników Rosjanami. Na to jednak nie zgodził się margrabia Wielopolski. Uważał, że w Królestwie brak odpowiednich cywilnych kadr, a wojskowi „dowolnie rozporządzają finansami, przeważnie na korzyść własnej kieszeni”. Ponadto sądził, że jeżeli Moskale zawładną jakimś urzędem, to już go z łap nie wypuszczą. Przekonał zatem osobiście wielkiego księcia, że wiadomości dochodzące do niego są plotkami, a on ręczy za swoich urzędników. Jednocześnie przeprowadził nagłą kontrolę – 26 maja 1863 r. W kasie miało być ponad 60 mln zł i nie brakowało grosza, co wszystkich uspokoiło. Nadszedł zatem dogodny moment…
Komisja Skarbu znajdowała się przy pl. Bankowym, prawie u wylotu ul. Rymarskiej. O świcie 6 czerwca na jej dziedzińcu pojawił się Waszkowski ubrany w mundur urzędnika skarbu w towarzystwie trzech woźnych i urzędnika geometry Edwarda Czarneckiego. Pilnujący kozak zaprezentował przed nimi broń, nie dostrzegając niczego podejrzanego. Waszkowski sam otwierał skarbiec, ale „klucz w kłódce złamał się przy jej otwieraniu, zmuszony był po trzykroć wybiegać do miasta, aby się zaopatrzyć w piłki konieczne do przepiłowania ucha kłódki. W środku ucha był skręcony drut stalowy i piłki jedna za drugą pękały. W końcu udało się skarbiec otworzyć” – wspominał Tomasz Burzyński. Łup załadowano do czekającej na dziedzińcu dorożki Stanisława Olszańskiego, urzędnika Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, który wywoził je do mieszkania przy ul. Krochmalnej. Akcję przerwano na czas pracy urzędników i kontynuowano ją po ich wyjściu. Nazajutrz przypadała niedziela 7 czerwca – wtedy było zbyt niebezpiecznie, więc wrócili w poniedziałek i wtorek rano. W południe zjawił się jednak urzędnik z intendentury z poleceniem wypłaty 70 tys. rubli i wtedy wszystko się wydało. Władze wpadły w szał. Nie było wątpliwości, kto był sprawcą. Zniknęli Janowski, Hebda i trzej woźni. Wszyscy osiedli w Paryżu, gdzie żyli skromnie, Janowski z Hebdą spoczęli we wspólnym grobie na cmentarzu Montmartre. Na pociąg spóźnił się woźny Kołtunowski. Nieszczęśnika ogarnęło tak wielkie przerażenie, że podciął sobie żyły, popełniając samobójstwo.
Mała „prywatyzacja” i wyrwane akta
W powstańczej prasie Rząd Narodowy ogłosił komunikat o podjęciu akcji „osłabienia wroga pozbawieniem go zasobów potrzebnych do walki”, stwierdzając, że „urzędnicy Stanisław Janowski i Stanisław Hebda dobrze się zasłużyli krajowi i z rozkazu Rządu ze specjalną misją wysłani zostali za granicę”. Niestety większą część przejętego skarbu stanowiły papiery zastawne, a rząd powstańczy nie spieniężył ich w porę. Pod presją caratu Towarzystwo Kredytowe podało ich numery i tym samym stały się one stosem makulatury. Po przeliczeniu z zabranych 3,6 mln rubli (24 mln zł) zostało pół miliona w gotówce. Okazało się też, że zniknął jeden worek, jak ustalono, ze złotymi monetami. I tym razem nie zabrakło indywiduuów, które przy okazji postanowiły dokonać małej „prywatyzacji” i „ukręcić lody”. Ale były to jeszcze czasy, gdy nieuczciwość nie popłacała.
Wkrótce w okolicach Częstochowy kozacy zatrzymali powóz, w którym znaleźli skradzione złote monety. Złodziejem okazał się geometra Komisji Skarbu Edward Czarnecki. Już z więzienia w Cytadeli w grypsie do Rządu Narodowego przyznał się do winy, nikogo też nie wydał, a w śledztwie bronił się, że to posag jego żony. Został zesłany na Syberię, a żona z nieznanym skutkiem czyniła próby odzyskania swego „posagu”.
Po kilku miesiącach naczelnikiem Warszawy z ramienia Rządu Narodowego został Waszkowski. Przez rok był nieuchwytny dla Rosjan, w końcu został pojmany i stracony. W jego zeznaniach strony dotyczące przejęcia skarbu są wyrwane, w ich miejsce wklejone nowe. „Jakieś inne, skreślone jego ręką, ale niedbałe i jakby niechętne” – pisze rosyjski historyk Mikołaj Berg. Chodziło o to, że część listów zastawnych powstańczy przedstawiciele próbowali spieniężyć w Anglii u jednego z bankierów. Okazało się, że prowadzi on też interesy Fiodora Berga, brata historyka – okrutnego namiestnika Królestwa. Listy zatrzymano, a do sądu skierowano sprawę o kradzież. Adwokat przekonywał, że jej nie było, gdyż w Polsce prawowitą władzę sprawował Rząd Narodowy, a nie Rosjanie. Czekający na śmierć Waszkowski został w tej sprawie jeszcze raz przesłuchany na Pawiaku w obecności angielskiego konsula. Zrezygnowany potwierdził rosyjską wersję. Zostało więc tylko zrobienie porządku w papierach – wyrwano stare zeznania i wklejono nowe.
A nie tak dawno temu niektórzy dziwili się „wymianą” zeznań rosyjskich kontrolerów z lotniska w Smoleńsku złożonych przed prokuratorami. W Rosji takie praktyki to tradycja.
Jarosław Szarek, dr historii, redaktor, publicysta, autor książek „Wojna z narodem”, „Czarne juwenalia”; współautor m.in.: „W cieniu czerwonej gwiazdy. Zbrodnie sowieckie na Polakach (1917–1956)”, „Komunizm w Polsce”, „Droga do niepodległości. Solidarność 1980–2005”; serii książek historycznych dla dzieci „Kocham Polskę”