Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
08.06.2013 14:50

Życie jest gdzie indziej

„W roku 1989 nic się nie zaczęło i nic nie skończyło”, stwierdził Jarosław Marek Rymkiewicz w „Gazecie Polskiej” nazajutrz po rocznicy wyborów do Sejmu kontraktowego, czyli w trakcie dyskusji nad propozycją PO, by w tym dniu ustanowić święto narodowe

„W roku 1989 nic się nie zaczęło i nic nie skończyło”, stwierdził Jarosław Marek Rymkiewicz w „Gazecie Polskiej” nazajutrz po rocznicy wyborów do Sejmu kontraktowego, czyli w trakcie dyskusji nad propozycją PO, by w tym dniu ustanowić święto narodowe.

To nie jest znacząca data, sądzi autor „Reytana”: „Jeśli w Magdalence coś ustalono, to tylko zasady, na jakich ma zostać zorganizowana i przeprowadzona następna peerelowska odwilż […] trzeba przyznać, że najgłębsza (wiele warstw lodu stopniało) ze wszystkich peerelowskich odwilży”. Rozmówczyni Rymkiewicza, Joanna Lichocka, pyta: „Uważa Pan teraz, że wróciliśmy do PRL-u?”. „Teraz to raczej uważam, że nigdy z niego nie wyszliśmy” – odpowiada pisarz.

Tę opinię – jak zwykle u Rymkiewicza, prowokacyjną – trwająca właśnie dyskusja zdaje się przewrotnie potwierdzać. Blisko ćwierć wieku od czerwcowych wyborów III RP wciąż jeszcze nie ma swojego święta. Mimo usilnych starań apologetów Okrągłego Stołu nie udało się tego wydarzenia – ani żadnego innego – podnieść do rangi mitu założycielskiego. Tak jakby potoczna świadomość ociągała się z uznaniem dokonanego wówczas przełomu. Na przekór tradycyjnej polskiej praktyce, by ważne dla zbiorowości daty natychmiast rozpoznawać i uroczyście upamiętniać.

„Rok katastrofy”

Tak przecież stało się z katastrofą smoleńską. Minęła dopiero jej trzecia rocznica, a już wiadomo, że jest to okoliczność trwale wpisana w kalendarz narodowych ceremonii. Na nic zdały się iście desperackie starania rządu, prezydenta i elit III RP, by temu zapobiec. Tegoroczne obchody obszernie relacjonowały wszystkie media, co było widomym świadectwem porażki zabiegów o marginalizację tej kwestii w debacie publicznej.

Takim świadectwem wydaje się też opublikowana niedawno książka Dariusza Kosińskiego „Teatra polskie. Rok katastrofy”. Jest to obszerna rekapitulacja wydarzeń, które nastąpiły po 10 kwietnia 2010 r., uporządkowanych i zinterpretowanych za pomocą narzędzi, jakich współczesnej humanistyce dostarcza teoria performance’u. Propagator tej teorii Richard Schechner charakteryzował następująco jej obiekt: Performanse [...] przybierają wiele postaci i rodzajów. Trzeba je rozważać jako „szerokie spektrum” lub „kontinuum” ludzkich działań, sięgając od rytuałów, zabaw, sportów, popularnych rozrywek, sztuk wykonawczych (teatr, taniec, muzyka) i wytworów życia codziennego, poprzez role społeczne, zawodowe, płciowe, rasowe i klasowe, aż do uzdrawiania (od szamanizmu do chirurgii), mediów i internetu.

W jakim stopniu ta metodologia sprawdza się w odniesieniu do przedmiotu badań – pozostaje sprawą dyskusyjną. W trakcie lektury trudno oprzeć się wrażeniu, że dla opisu samej katastrofy oraz żałoby posmoleńskiej teoria performance’u okazuje się dalece niewystarczająca. To przejmujące egzystencjalne doświadczenie w nikłym stopniu poddaje się podsuwanym przez nią pojęciom, wymyka się im, przekracza ich horyzont poznawczy. W rezultacie czytelnik ma często poczucie obcowania z wywodem intelektualnie jałowym, niezdolnym dotrzeć do istoty zagadnienia, przywodzącym na myśl „grę szklanych paciorków”, by odwołać się do metafory Hermanna Hessego. Znacznie lepsze rezultaty metoda ta przynosi w analizie sierpniowych zajść wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu, których „performatywny” charakter wydaje się niewątpliwy, wręcz jakoś zaprogramowany przez jego uczestników.

Chocholi taniec

Jakkolwiek jednak oceniać przydatność zastosowanej metodologii, książki Kosińskiego nie wolno przeoczyć: stanowi ona pierwszą tak poważną, naukową próbę rozpatrzenia katastrofy smoleńskiej w kontekście kulturowym. Powstała bowiem z przekonania, że konsekwencje tragedii – jak twierdzi autor – „były czymś bardzo ważnym […] w dziejach Polski jako idei czy też dynamicznego pola wspólnych procesów identyfikacyjnych”.

Ta diagnoza ma wagę tym większą, że pochodzi od osoby, która w smoleńskim konflikcie jasno opowiada się po stronie rządowej – dość powiedzieć, że analizę katastrofy powadzi na podstawie przeświadczenia, iż „raport Millera stanowi najdokładniejsze i mimo wszystko najmniej ideologiczne sprawozdanie z wydarzeń”. Następnie relacjonuje ich przebieg głównie na bazie tekstów „Gazety Wyborczej” czy portalu Onet.pl, kontropinie – np. zespołu Macierewicza, Ewy Stankiewicz czy „Gazety Polskiej” – przytaczając co najwyżej w trybie polemicznym. Kosiński gorliwie dba o poprawność polityczną.

I mimo całej tej dbałości prowadzi do wniosków dla III RP obrazoburczych. Oto opisując „dramat krzyżowy” na Krakowskim Przedmieściu, buduje analogię z innym dramatem narodowym – „Weselem” Wyspiańskiego: „W obu zgromadzenie, metonimicznie reprezentujące wspólnotę i usiłujące inscenizować jedność, zostaje skonfrontowane z własnymi, ukrytymi głęboko, nierozwiązywalnymi konfliktami, ale zamiast spodziewanego działania wynikającego ze zdobytej wiedzy grzęźnie w jałowości niekończącego się powtórzenia. […] Po wszystkich ekscesach i skandalach wracamy »do siebie« z paradoksalnym poczuciem, że choć zdarzyło się coś intensywnego, życie jest gdzie indziej i gdzie indziej decydują się nasze losy”. Wniosek – o zgrozo! – zbieżny z obserwacjami Rymkiewicza, który w przywołanym na wstępie wywiadzie tak tłumaczy swoje przekonanie, że „nie wyszliśmy z PRL-u”: „Istotą PRL-u było i pozostaje to, że był on i jest nadal kawałkiem moskiewskiego imperium, kawałkiem zarządzanym na sposób moskiewski przez ludzi wyznaczonych lub przynajmniej zaakceptowanych przez Moskwę. Dzieje tego kawałka mają toczyć się tak i tylko tak, jak sobie tego życzy imperium. […] Żadnej dziejowej swobody, żadnej wolności przy narodowej pracy nad własną dziejową drogą, czyli nad konstruowaniem własnego politycznego losu”.

„Dziady” na Krakowskim Przedmieściu

Kosiński bez sympatii, ale z dużą starannością przedstawia demonstracje podejmowane dla upamiętnienia katastrofy smoleńskiej. I konsekwentnie ukazuje je jako proces formowania i konstytuowania wspólnoty, która próbuje ogarnąć to traumatyczne doświadczenie, odwołując się do gestów i zachowań dyktowanych przez tradycję romantyczną, dlatego odprawia uliczne „dziady” na Krakowskim Przedmieściu. Autor pokazuje też, jak establishment III RP, z ośrodkiem prezydenckim na czele, usiłuje zneutralizować ten romantyczny model przeżywania tragedii, akcentując jej prywatny charakter, proponując kameralne, rodzinne uroczystości w zamkniętej przestrzeni cmentarza bądź Pałacu Prezydenckiego – w istocie bezbarwne wobec emocji i rozmachu ulicznego „teatru monumentalnego”.

Ten romantyczny teatr, któremu patronują Mickiewicz, Słowacki i Wyspiański, skuteczniej zagarnia przestrzeń publiczną. Ugruntowany w kulturowej tradycji łatwiej trafia do zbiorowej wyobraźni. Od trzech lat uparcie przetwarza smoleńską traumę w mit założycielski wspólnoty wolnych Polaków. Tych, którzy za sprawą katastrofy uświadomili sobie, że „gdzie indziej decydują się nasze losy”. I że trzeba to zmienić. Zamiast bezradnie godzić się z faktem, że „życie jest gdzie indziej” – sprowadzić je na powrót tu, nad Wisłę.

Jeśli Rymkiewicz ma rację, twierdząc, że rok 1989 był cezurą pozorną, to niewykluczone, że 2010 r. okaże się prawdziwą. To wówczas spontanicznie, wbrew przeszkodom i szykanom powstał mit, który opisuje współczesność kodem kulturowym wywiedzionym z przeszłości i zarazem pozwalającym wyznaczyć cele na przyszłość.

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE