Weterani, tyrani, zatyrani…
Pochody w PRL otwierali weterani i kombatanci, za nimi szli przywódcy partii i rządu, którzy później zajmowali miejsca na trybunie honorowej, a potem maszerowały załogi zakładów pracy. W dowcipie wyliczanka ta brzmiała krócej: Weterani, tyrani, zatyr
owojenne dzieje robotniczego święta zaczynają się od brutalnego rechotu historii. 30 kwietnia 1950 r. umiera Kazimierz Pużak, działacz socjalistyczny, jeden z szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego sądzonych w pokazowym procesie w Moskwie w 1946 r. Umiera pozbawiony pomocy medycznej w więzieniu w Rawiczu. Następnego dnia – 1 maja – polskie władze komunistyczne po raz pierwszy oficjalnie obchodzą Święto Pracy. Natomiast 3 maja 1950 r. jest po raz ostatni świętem państwowym i dniem wolnym od pracy.
Przeszło 30 lat później, 30 kwietnia 1982 r., idzie w eter druga audycja podziemnego Radia Solidarność. Zbigniew Romaszewski przypomina właśnie postać Kazimierza Pużaka. Mówi, że w każdą rocznicę śmierci towarzysze śpiewają przy jego grobie hymn PPS „Czerwony sztandar”. Natomiast Zbigniew Bujak – ukrywający się przewodniczący Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność” – apeluje, by 1 maja członkowie Solidarności zgromadzili się na pl. Grzybowskim – miejscu rozpoczęcia oficjalnego pochodu – z emblematami związkowymi i symbolami żałoby. By przypomnieć władzy, że ma ona na swoich czerwonych sztandarach krew robotników Poznania i Wybrzeża, górników kopalni Wujek. Także innych ofiar wojny wypowiedzianej własnemu narodowi.
Zgodnie z linią partii
1 maja w czasach PRL był w kalendarzach zaznaczany na czerwono – jako dzień wolny od pracy. Był to jednak tylko pozór, ponieważ obowiązkiem „ludzi pracy” było wzięcie udziału w pochodzie. Zakładowi kadrowi sprawdzali listy obecności. Elementem motywującym do udziału w majowym święcie były też specjalne kiermasze – już po przejściu przed trybuną można było trafić na przykład na papier toaletowy sprzedawany z samochodów. Albo inne powszechnie pożądane, a trudno dostępne artykuły.
Najwcześniej Święto Pracy rozpoczynało się w telewizji, która pokazywała wojskową defiladę na pl. Czerwonym – najnowsze osiągnięcia sowieckiej techniki militarnej, wielkie rakiety balistyczne, jadące na gąsienicowych transporterach, miały przekonać świat o przodującej roli pierwszej w historii „ojczyzny robotników i chłopów”. I pozbawić wszelkich złudzeń tych, którzy jeszcze je mieli.
Oficjalnego świętowania nie były w stanie zakłócić żadne dramatyczne wydarzenia w kraju – pochody maszerowały po Poznaniu ’56, Marcu ’68 i Czechosłowacji, Wybrzeżu ’70. Komunistyczna władza musiała mieć poparcie narodu – sama więc sobie je widowiskowo organizowała. Bez większych problemów zresztą. W archiwalnych kronikach filmowych można zobaczyć uradowanych luminarzy kultury, wesoło machających do zadowolonych przywódców na trybunie.
Święta odzyskane
Dopiero w 1981 r. kierownictwo legalnej – chwilowo – Solidarności zaapelowało do związkowców, by nie brali udziału w oficjalnych organizowanych przez władze pochodach. Przypomniano też, że 1 maja jest w kalendarzu liturgicznym dniem św. Józefa – rzemieślnika i robotnika. Można więc go uczcić udziałem w mszy św. W rezultacie było to chyba najmarniejsze Święto Pracy w historii PRL. Szukająca na gwałt społecznego poparcia władza przypomniała sobie po przeszło 30 latach o rocznicy 3 maja i ogłosiła ten dzień Świętem Stronnictwa Demokratycznego – rachitycznej partyjki, która razem ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym, legitymizowała „wielopartyjność” systemu politycznego PRL.
Stan wojenny – będący w istocie kompromitacją władz PRL, zmuszonych do masowego użycia siły w obronie swojej pozycji – nie osłabił jednak u komunistów zapału do świętowania. Oficjalnie zorganizowane pochody przeszły znów ulicami większych miast, ubezpieczane dużymi siłami prewencji (w samej Warszawie było to ponoć 10 tys. milicjantów). Równolegle odbyły się, poprzedzone uroczystymi nabożeństwami, demonstracje Solidarności. W Warszawie prawie 30 tys. osób przeszło od pl. Zamkowego przez Nowe Miasto nad Wisłę, śpiewając hymn, „Boże, coś Polskę”, skandując głośno zakazane słowo „Solidarność” i unosząc dłonie w geście „V” – zwycięstwa. W Gdańsku trasa manifestacji wiodła od pomnika Poległych Stoczniowców do mieszkania Lecha Wałęsy. Demonstracje Solidarności odbyły się m.in. w Łodzi, Toruniu, Białymstoku, Gdyni i Szczecinie. Cztery miesiące po 13 grudnia społeczeństwo pokazało, że nie dało się spacyfikować, nie zrezygnowało ze swoich aspiracji.
Dopuszczenie niedopuszczalne
Ten masowy protest obywatelski zakończony sukcesem podziałał na peerelowską juntę jak czerwona – nomen omen! – płachta na byka. Wiceminister spraw wewnętrznych Bogusław Stachura podczas telekonferencji z komendantami wojewódzkimi MO odbytej 3 maja rano stwierdził: „Dopuszczenie do powtórzenia się nielegalnych zgromadzeń w dniu dzisiejszym jest niedopuszczalne”.
Konsekwencją tych słów były esbeckie prowokacje – w ich rezultacie doszło do regularnych walk demonstrantów z zomowcami i wojskiem. W ruch poszły pałki, gazy łzawiące, armatki wodne, nawet czołgi strzelające ślepą amunicją. Na ulicach wyrosły barykady, w Szczecinie i Gdańsku w stronę milicji, oprócz kamieni, poleciały butelki z benzyną. Zniszczono kilkadziesiąt milicyjnych samochodów, aresztowano prawie 1400 osób. Były ofiary śmiertelne. W Warszawie na ponad miesiąc przywrócono godzinę milicyjną.
Masowe wystąpienia uliczne 1 i 3 maja 1982 r. niewątpliwie wstrząsnęły władzą. Ukazały potencjał spontanicznej mobilizacji społeczeństwa, dla którego zakazane słowo „Solidarność” wciąż miało istotne znaczenie.
Dziś, 30 lat później, zarówno 1, jak i 3 maja są dniami świątecznymi, ustawowo wolnymi od pracy. Świętować i demonstrować będą jednak prawdopodobnie tylko weterani i zatyrani – ci na umowach śmieciowych. I może jeszcze bezrobotni. Natomiast tyrani – pardon! – beneficjenci „zmian ustrojowych” wyjadą sobie na grilla. Rechot historii?…