Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Jarosław Sellin,
17.04.2013 12:13

Zakończyć wojnę polsko-polską

Polska polityka nie podniesie się z upadku, jeśli nie zakończy się zaordynowana jej w 2005 r. przez Donalda Tuska wojna polsko-polska. Wojna ta jest wyniszczająca, uniemożliwia budowanie konsensusu politycznego w jakiejkolwiek sprawie, rozbija wspóln

Polska polityka nie podniesie się z upadku, jeśli nie zakończy się zaordynowana jej w 2005 r. przez Donalda Tuska wojna polsko-polska. Wojna ta jest wyniszczająca, uniemożliwia budowanie konsensusu politycznego w jakiejkolwiek sprawie, rozbija wspólnotę narodową i państwową.

Warunkiem jej zakończenia jest zwycięstwo polityczne w najbliższych wyborach Prawa i Sprawiedliwości i przejęcie przez nie władzy. Jest to niezbędne również dlatego, że nie da się zakończyć wojny polsko-polskiej bez wiarygodnego, przekonującego zdecydowaną większość Polaków, wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Błędy, zaniechania i kłamstwa ekipy rządzącej w tej sprawie poszły tak daleko, że rządzący są już jej zakładnikami. Nie są więc zdolni, choćby nawet chcieli, do wiarygodności w tej sprawie. Mimo potężnego, sprzyjającego obecnie rządzącym frontu medialnego większość Polaków nie daje wiary oficjalnym raportom, mającym wyjaśnić tę sprawę i – co jeszcze bardziej bolesne – nie wierzy, by w przyszłości wiarygodnie ją wyjaśniono. To klęska rządu Donalda Tuska. Natomiast Prawo i Sprawiedliwość nie jest związane żadnymi ograniczeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi, więc odważnie stara się dojść do prawdy, choćby najbardziej bolesnej.

Polityka w złej wierze

Nie ma już żadnych wątpliwości, że wojnę, która wyniszcza polską politykę od ośmiu lat, rozpoczęli Donald Tusk i Platforma Obywatelska. Ze wspomnień Jana Rokity wynika, że po nieznacznie przegranych przez PO wyborach parlamentarnych w 2005 r. (27 proc. dla PiS, 24 proc. dla PO) Tusk nakazał niedoszłemu „premierowi z Krakowa” markowanie rozmów koalicyjnych z Prawem i Sprawiedliwością. Stąd żądanie ich publicznego charakteru, co było politycznym kuriozum, jak też stawianie zaporowych żądań, by mimo gorszego wyniku wyborczego otrzymać większość najważniejszych stanowisk ministerialnych. Po dwóch tygodniach i kolejnej, tym razem prezydenckiej porażce wyborczej Donalda Tuska z Lechem Kaczyńskim, kierownictwo PO podjęło decyzję, by zmusić zwycięskie PiS do rządów mniejszościowych lub zawarcia egzotycznej koalicji. Gdy Platforma odrzuciła propozycję przyspieszonych wyborów i rzeczywiście PiS było zmuszone do zawarcia koalicji z Samoobroną i LPR, jej politycy wygłaszali publicznie oświadczenia pełne moralnego oburzenia. W kuluarach natomiast od wielu z nich słyszałem, że dokładnie o to im chodziło. Jawnie demonstrowano politykę uprawianą w złej wierze.

Wojna totalna

Następnie – jak dalej zaświadcza Jan Rokita – Donald Tusk zażądał od swoich polityków, by w każdej sprawie i każdego dnia sprzeciwiali się Prawu i Sprawiedliwości oraz obu braciom Kaczyńskim. Wiedząc, że zdecydowana większość mediów jest po jego stronie, rozpoczął totalną wojnę i uruchomił „przemysł pogardy”. Zwłaszcza przeciwko prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, ale również przeciwko jego bratu, wówczas już premierowi, jak i całemu obozowi PiS. Tusk szybko się zorientował, że przy takim wsparciu medialnym, jakie miał, skuteczną metodą zdobycia i utrzymania władzy jest karykaturalne przedstawianie głównego konkurenta politycznego, zohydzanie go, straszenie nim. Wojna polsko-polska i „przemysł pogardy” zaczęły się rozwijać w najlepsze. Ale apogeum było jeszcze przed nami.

Po odsunięciu PiS od władzy w 2007 r. ostrze tego przemysłu zostało skierowane przede wszystkim przeciwko prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu. Donald Tusk nie miał nic przeciwko temu, by ówczesny wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego PO i członek zarządu partii Janusz Palikot otwarcie realizował politykę „odzierania prezydenta z fundamentów godnościowych”, co oznaczało po prostu chamskie ataki, kłamstwa, kpiny i insynuacje, niestety chętnie podchwytywane przez najbardziej gorliwych żołnierzy medialnego „przemysłu pogardy”. Nie powstrzymywano się nawet przed odzieraniem go z urzędowej godności przed politykami z zagranicy, czego najbardziej spektakularnym wyrazem było odmawianie mu samolotu państwowego na wizyty zagraniczne, tezy o jego prywatnych, a nie państwowych wizytach za granicą, a wreszcie rozdzielenie wizyt prezydenta i premiera z okazji okrągłej, 70. rocznicy mordu katyńskiego, na wyraźną sugestię Rosji. Wszystko to złożyło się na największą, jak uznał Sejm w specjalnej uchwale, tragedię Polaków po II wojnie światowej. Katastrofę smoleńską. Tusk, przerażony jej wymiarem, pamiętający, co rozpoczął, ale również, co ustalał z Rosją od czasu spotkania z Władimirem Putinem na Wybrzeżu we wrześniu 2009 r., stał się zakładnikiem sytuacji, którą sam stworzył. Nawet gdyby chciał, nie był w stanie przejść wówczas prawdziwego testu przywództwa państwowego, jakiemu został poddany po 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku i w Warszawie. Musiał popełnić błędy, zaniechać właściwych działań, wreszcie – on i jego ludzie musieli brnąć w kłamstwa.

Podział posmoleński

Historyk i politolog prof. Antoni Dudek twierdzi, że po latach podziału polskiej elity politycznej na część postkomunistyczną i postsolidarnościową, następnie podziału wewnątrz sił postsolidarnościowych, od trzech lat mamy do czynienia z nowym podziałem – „posmoleńskim”. Jest on niezwykle głęboki, bardzo emocjonalny. Dotyka imponderabiliów. Każe pytać, kto dąży do prawdy, a kto kłamie, mataczy, dlaczego to robi i jaki ma w tym interes. Kto rozumie, co znaczy godność i honor państwa oraz narodu polskiego, a kto nie? Kto jest jeszcze zdolny do obrony polskich interesów narodowych, a kto sam możliwości ich obrony się pozbawił?

Donald Tusk dostarczył Rosji, w której 70 proc. elity politycznej wywodzi się z sowieckich służb specjalnych, instrumenty, by mogła się mieszać w wewnętrzne sprawy Polski. Podkręcać napięcie polityczne. Stosować antypolskie prowokacje.

Trzeba wyjść z tego zaklętego kręgu. Ekipa rządząca nie ma takiej możliwości. Ustąpienie w sprawie zasadniczych tez raportów MAK czy komisji Millera (który był w gruncie rzeczy przypisem do raportu Anodiny, nieśmiało upominającym się o współodpowiedzialność rosyjską za katastrofę) może oznaczać dla tej ekipy całkowitą utratę wiarygodności i w konsekwencji klęskę polityczną. Rządzący muszą więc iść w zaparte. Groźba odpowiedzialności politycznej za katastrofę każe im robić wszystko, byle utrzymać władzę. Wiedzą, że jej utrata może zakończyć ich kariery polityczne, a nawet doprowadzić do rozpadu całej formacji.

Odsunąć Tuska

Dla dobra Polski powinno jednak do tego dojść. Nasza polityka nie może być zakładnikiem tak słabych charakterologicznie, małostkowych i mściwych postaci, jak najbliższe otoczenie polityczne Donalda Tuska i on sam. By zakończyć szkodliwą dla Polski wojnę wewnętrzną, odebrać Rosji instrumenty do ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy, by odbudować podmiotowość polskiej polityki na Wschodzie, potrzebne jest dojście do prawdy o katastrofie smoleńskiej. Prawdy choćby najbardziej bolesnej. Obecnie rządzący nie mogą już jej wyświetlić, muszą więc odejść albo zostać odsunięci od władzy. Tylko rządy Prawa i Sprawiedliwości mogą doprowadzić do poznania prawdy. Najpierw przez poważne i gorliwe śledztwo polskie, a potem przez uzyskanie opinii co do jego wyników w instytucjach państw Zachodu, u naszych sojuszników. Tylko wówczas większość Polaków może zbliżyć się do jakiegoś konsensusu w sprawie wiedzy na temat przyczyn tej katastrofy. Tylko wówczas można zneutralizować wciąż kpiącą z państwa polskiego Rosję, odebrać jej instrumenty do regulowania napięcia politycznego w naszym kraju. Tylko wówczas można zakończyć wojnę polsko-polską.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane