Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Joanna Lichocka,
04.03.2013 07:36

W poszukiwaniu prawicowego Palikota

Donald Tusk woli dziś stawiać na zaprzyjaźnionych ludzi służb specjalnych niż polityków Platformy. Być może dzieje się tak m.in. dlatego, że po wejściu do gry Aleksandra Kwaśniewskiego traci kontrolę nad tym, co dzieje się na lewicy, i ludzie ci mogą

Donald Tusk woli dziś stawiać na zaprzyjaźnionych ludzi służb specjalnych niż polityków Platformy. Być może dzieje się tak m.in. dlatego, że po wejściu do gry Aleksandra Kwaśniewskiego traci kontrolę nad tym, co dzieje się na lewicy, i ludzie ci mogą być przydatni. Jednym z głównych medialnych wysiłków jest jednak obecnie próba powtórzenia pomysłu z Ruchem Palikota wobec prawej strony sceny politycznej.

Nie ma żadnego konfliktu między Jarosławem Gowinem i Donaldem Tuskiem, to świadoma, bardzo dobrze przygotowana gra PO, którą steruje Tusk – stwierdził Marek Sawicki z PSL. Sawicki ogłosił to w weekend, kiedy domykają się wydania tygodników. W jednym z nim, we „Wprost”, Aleksander Smolar z Fundacji Batorego opowiada, że Jarosław Gowin „może być przyszłym przywódcą zmodernizowanego PiS”. Obaj panowie, niemal w tym samym czasie, jeden otwarcie, drugi w sposób nieco bardziej zawoalowany, odkrywają przed opinią publiczną operację, jaką obecnie po prawej stronie próbuje przeprowadzić Donald Tusk. Wykreować kontrolowaną przez siebie, zakorzenioną w systemie III RP formację, która pozwoli na osłabienie lub wręcz zmarginalizowanie faktycznej opozycji. Establishment III RP – jak pamiętamy ze słów Kazimierza Kutza z grudnia ubiegłego roku – musi się dobrze zmówić, by nie oddać rządów. I podobnie jak niegdyś, władza PRL potrzebuje koncesjonowanej prawicy. Kiedyś – uczciwszy wszystkie proporcje – był nim choćby PAX, ale też infantylne skrajności, jak monarchiści wydający „podziemne” pismo Stańczyk albo środowiska narodowców spod znaku Macieja Giertycha (ojca Romana), który poparł generała Wojciecha Jaruzelskiego po wprowadzeniu przez niego stanu wojennego i był członkiem powołanej przez niego Rady Konsultacyjnej. Dziś z jednej strony rolę przydatnej, kontrolowanej przez establishment prawicy mają spełniać „konserwatyści z PO”, a z drugiej kreowane na znaczącą siłę przez „Gazetę Wyborczą” grupki „narodowców”, marginalne w istocie, niemniej przydatne do kreowania obrazu „rodzącego się faszyzmu”.

Poszukiwania w toku
Niestety, premier, mimo niewątpliwej umiejętności prowadzenia koronkowej gry politycznej i sporych zasobów niezbędnej do tego dozy cynizmu, a także chóru posłusznych w tym przedsięwzięciu mediów, nie ma do dyspozycji wszystkiego. Zarówno on, jak i szerzej – cały postkomunistyczny obóz władzy, cierpią na chroniczny brak osobowości, którą można by obsadzić w roli „lidera nowoczesnej prawicy”. Inaczej niż wcześniej, przy podobnej operacji przeprowadzonej przez lidera PO po lewej stronie, która pozwoliła mu kontrolować postkomunistyczna lewicę i przejąć część jej działaczy i wyborców. Wykreowany przez PO Janusz Palikot skutecznie przebrał się za „nowoczesną lewicę” i przedstawił pod szyldem swego ruchu zbieraninę, której w części nie chciało nawet SLD. Tamten manewr udał się dlatego, że do projektu dobrze dopasowano postać samego Palikota – bez względu na to, jak negatywnie trzeba go oceniać, należy też oddać mu i to, że miał do tego odrobinę talentu, inteligencji i niezbędnej do osiągnięcia rozgłosu energii. A także dużego samozaparcia – wystarczy porównać jego zdjęcia sprzed lat i obecne, by zobaczyć, że dostosował on do wyników badań sondażowych nie tylko ofertę marketingową złożoną z kilku chwytliwych dla lewicowych wyborców haseł, ale zmienił nawet swoją powierzchowność do realizacji tego zadania – z farbowaniem włosów i zabiegami chirurgii plastycznej włącznie. Dla wyborcy prawicowego jednak postkomuna takiej oferty, która by chwyciła, nie ma.

Na bezrybiu i rak ryba
To, co możemy obserwować obecnie, jest więc rodzajem castingu, który ma wyłonić takiego kandydata. Pojawiły się już sondaże pokazujące, na ile procent poparcia mogą liczyć „konserwatyści” Gowina. Wychodzi w nich, że niewiele – nawet nie wejdą do Sejmu. Być może te wyniki spowodowały, że przy zapowiadanych przez premiera zmianach w rządzie pojawiła się plotka, że Gowina w resorcie sprawiedliwości miałby zastąpić Roman Giertych. Plotka się na razie nie potwierdziła, może być jednak śladem rozważań, kogo dałoby się postawić na czele projektu. Postkomunistyczny establishment dobrze wie, że start z pozycji ministra sprawiedliwości jest niezłym punktem odbicia do budowania formacji. Dobrze sobie zapamiętano, jak przed laty udowodnił to Lech Kaczyński, który powrócił do polityki właśnie na stanowisko ministra sprawiedliwości i w kilka miesięcy stworzył potencjał do powstania Prawa i Sprawiedliwości. Można się zadumać nad wysiłkami Tuska i jego otoczenia – poznając starą prawdę, iż z próżnego i Salomon nie naleje. Ale też zabawnie jest patrzeć na beznadziejne wysiłki rządowych mediów w tworzeniu tych użytecznych systemowi III RP kreacji – od Marcinkiewicza, przez Giertycha, po pompowanie pozycji Gowina. Kreacje te – dość rozpaczliwe – dowodzą prawdziwości innego powiedzenia. Na bezrybiu i rak ryba.

Cały tekst w tygodniku "Gazeta Polska"

NAJNOWSZE