Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,​Piotr Wójcik,
21.07.2017 20:27

„Niezależne instytucje” i kontrola społeczna

Spór o reformę sądownictwa to przejaw odwiecznego dylematu, czy większą władzę oddać w ręce niezależnych instytucji, czy demokratycznie wybranych polityków.

Spór o reformę sądownictwa to przejaw odwiecznego dylematu, czy większą władzę oddać w ręce niezależnych instytucji, czy demokratycznie wybranych polityków. Propozycja prezydenta dużo bliższa jest drugiej opcji, próbuje jednak ograniczyć jej słabości.

Duża część naszych rodaków traktuje spór o reformę sądownictwa niczym walkę dobra ze złem. Różnią się tylko tym, kogo konkretnie sytuują po każdej ze stron. Dla żelaznego elektoratu PiS u to wojna między patriotami a mafijnymi grupami interesu. Twardzi zwolennicy opozycji są przekonani, że to bitwa między barbarzyńcami, którzy chcą przejąć instytucje niemal na własność, a obytymi i kulturalnymi Europolakami. Takie podejście to jednak absurdalne upraszczanie sytuacji. Trudno dać wiarę, że wszyscy protestujący przeciw reformie Sądu Najwyższego to członkowie mafii, czy nawet jednej zwartej grupy interesu. Równie niedorzeczne jest przekonanie, że politycy PiS u chcą przejąć Krajową Radę Sądownictwa i Sąd Najwyższy, żeby móc gnębić Polaków w sądach.

Odsądzanie drugiej strony od czci i wiary nigdy nie pomagało dobrze odczytywać sytuacji, więc nie warto dawać się ponosić podgrzanym do czerwoności nastrojom polskiej opinii publicznej. Prawda jest taka, że „bitwa o sądy” nie jest wojną Hunów z gangsterami, tylko sporem dwóch odmiennych koncepcji państwa. Pierwszej, panującej na świecie od kilkudziesięciu lat, jednak już skompromitowanej, według której jak najwięcej władzy należy przekazać niezależnym instytucjom, które same siebie będą kontrolowały. I drugiej, według której reprezentanci społeczeństwa powinni sprawować kontrolę nad każdym organem publicznym, a „niezależne instytucje” to niebezpieczna aberracja. Jeśli mowa o demokracji, to w oczywisty sposób ta druga opcja jest dużo bardziej demokratyczna, choć paradoksalnie to jej przeciwnicy nazywają sami siebie „obrońcami demokracji”. Jednak także ona ma wady i niesie zagrożenia. Propozycja prezydenta, by sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa wybierać większością kwalifikowaną trzech piątych, ogranicza te wady.

Nikt nie jest obiektywny

Zwolennicy niezależnych instytucji wielką estymą darzą ekspertów, czyli profesjonalistów, którym należy oddać jakiś wycinek rzeczywistości i już się nim specjalnie nie zajmować. W końcu kto, jak nie eksperci, najlepiej zadba o nas i państwo? Należy tylko zapewnić im niezależność od wścibskich spojrzeń społeczeństwa i wyposażyć w odpowiednie instrumenty, a sprawy potoczą się w najlepszym możliwym kierunku. Niezależny szef banku centralnego najlepiej poprowadzi politykę pieniężną kraju, a doświadczeni przedstawiciele sędziów najlepiej zadbają o przestrzeganie standardów w sądach. Zwolennicy takiej koncepcji z nieufnością patrzą na polityków, którym zarzucają najgorsze motywacje, a samą politykę traktują wyłącznie jako brudną grę o własne interesy – słowo „upolityczniony” to w ich ustach najgorsza obel­ga. Z równie wielką nieufnością patrzą na lud, który według nich jest niezorganizowaną grupą roszczeniowych ignorantów, którym lepiej nie dawać za dużo władzy – tak jak samym politykom, którzy ten lud reprezentują. Rządzić powinni bezstronni technokraci, a lud niech cierpliwie czeka na efekty.

Zwolennicy technokracji nie zauważają jednak kilku oczywistych faktów. Po pierwsze, eksperci zamknięci w „szklanej kuli” niezależnych instytucji po jakimś czasie mogą stracić kontakt z rzeczywistością w obszarze, którym się zajmują. Gdy nie będą odczuwali na własnej skórze skutków swoich decyzji, ich teoria szybko zacznie rozjeżdżać się z życiem. Dlatego tak często przedstawiciele jakiegoś ciała lub korporacji nie zauważają oczywistych patologii, na które narażeni są ich interesanci – choć zauważa je niemal każdy, kto miał z nimi do czynienia. Po drugie, rzekomo obiektywni eksperci nie są wcale tak bezstronni, jak się uważa. Są takimi samymi ludźmi, jak chociażby politycy, a więc również mają własne interesy. Także są poddawani naciskom, którym niejednokrotnie ulegają, czasem dla partykularnych interesów, czasem z powodu słabości charakteru. Fakt, że ktoś zna się na danej dziedzinie, nie oznacza od razu, że zechce swoją wiedzę wykorzystać dla dobra wspólnego. Pozbawienie instytucji nadzoru społeczeństwa i umożliwienie im, by same siebie kontrolowały, to najszybsza droga do ich degeneracji i upowszechniania patologii wewnątrz nich.

Kto reprezentuje lud?

Zwolennicy politycznej kontroli nad instytucjami mają zgoła odmienne poglądy. Nie dyskredytują opinii ludu, wręcz przeciwnie, dokonują jej rehabilitacji, często się na nią powołując. Z tej perspektywy to właśnie społeczeństwo wie, co dla niego najlepsze – trzeba tylko wsłuchać się w jego głos. Zwolennicy tej koncepcji nie czują nieufności do polityki i polityków jako takich – no chyba że mowa o ich politycznych przeciwnikach. Polityka jest dla nich sposobem realizacji woli ludu, a więc nie da się zmienić instytucji zgodnie z oczekiwaniami społecznymi bez wprowadzenia do nich elementów politycznych, a przynajmniej politycznej kontroli.

Problem w tym, że bezkrytyczni stronnicy takiego podejścia często również nie zauważają jego słabości. Przede wszystkim niełatwo jest jasno określić, jak konkretnie brzmi wola ludu. W sytuacji wysokiego pluralizmu i niskiej frekwencji wyborczej zwycięstwo w wyborach można odnieść już przy poparciu jednej piątej społeczeństwa. Czy taki mandat daje na pewno legitymację do bycia jedynym wykonawcą woli ludu? Przecież inne opcje polityczne również reprezentują jej część. Tworzenie politycznego absolutyzmu, w którym zwycięzca bierze wszystko, to pominięcie części elektoratu, a więc niepełna emanacja woli ludu. Poza tym politycy są ludźmi, dokładnie tak jak niezależni technokraci. Są więc narażeni na podobne naciski grup interesu i takie same pokusy nadużyć. Faktem jest, że ich akurat społeczeństwo przynajmniej może rozliczyć przy urnach, jednak wybory można zmanipulować w różny sposób – od konstrukcji karty wyborczej, do obszarów okręgów wyborczych. O czym zdążyliśmy już zresztą się przekonać. Dlatego tak istotne jest, by nie przekazywać zbyt wielkich uprawnień jednemu urzędnikowi lub tylko jednej, zwycięskiej opcji politycznej.

Upolitycznienie to nie upartyjnienie

Prezydent, będąc ewidentnie zwolennikiem politycznej kontroli prowadzonej przez reprezentantów społeczeństwa, wydaje się widzieć też słabości tego podejścia. Jego propozycja idzie właśnie w kierunku większego pluralizmu przy tworzeniu politycznego nadzoru. Propozycja wyboru sędziów do KRS u przez większość trzech piątych, a nie zwykłą, uniemożliwia w tym obszarze zasadę „zwycięzca bierze wszystko”, ale zachowuje możliwość prowadzenia społecznej kontroli nad tym organem sądowym. Taki wymóg tworzy konieczność stworzenia ponadpartyjnej koalicji, osłabiając groźbę upartyjnienia tej instytucji. A upartyjnienie instytucji jest już czymś bardzo groźnym. W przeciwieństwie do upolitycznienia, które z definicji złe wcale nie jest. Pytanie, czy nie lepsza byłaby większość dwóch trzecich, która zmusiłaby do jeszcze większego pluralizmu i jeszcze szerszego konsensusu. Lepiej byłoby też, gdyby taką większością wybierano cały skład KRS u, a nie tylko sędziów. Niezależnie jednak od zastrzeżeń, propozycja prezydenta bez wątpienia idzie w potrzebnym kierunku. Hegemonia sędziowska w obszarze wymiaru sprawiedliwości nie jest niczym dobrym, ale oddanie szerokiej kontroli nad sądami jednej opcji politycznej, jakakolwiek by ona była, nie byłoby wcale lepsze.

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE