To nie jest zwykły powrót na scenę. Nowy program hrAbi powstał z potrzeby – nie artystycznej kalkulacji, ale wewnętrznego przymusu. Po śmierci Joanny Kołaczkowskiej zespół zawiesił działalność, bo – jak przyznaje Kamys – „poczucie straty i żałoba nie pozwalały od razu wziąć się za kabaret”. Dopiero po czasie pojawiła się gotowość, by znów stanąć przed publicznością.
Premiera programu „Być facetem” przyniosła ulgę.
„Z naszej strony radość, ulga i to miłe uczucie, że to działa. Z waszej strony śmiech, energia i sygnały, że idziemy w dobrą stronę”
– pisał Kamys po pierwszych występach. Nie ukrywał jednak, że towarzyszyły mu obawy.
„Nie byłem pewny, na jakim etapie jesteśmy. Ale na tym polega sztuka, że człowiek coś tworzy i konfrontuje to z widownią”
– podkreślał.
Zmieniła się nawet nazwa zespołu – dziś to hrAbi, z wyróżnionym „A”.
„Aśka zawsze z nami zostanie. Czasem wręcz wyczuwam jej obecność i wsparcie”
– mówi Kamys. I dodaje wprost: „Nie ma nikogo, kto mógłby wejść do hrAbi i zastąpić Aśkę”. Dlatego zespół nie planuje stałego nowego składu, a jedynie współpracę z zaproszonymi artystami.
Nowy program to także próba zmiany energii zespołu.
„Charyzma, talent i wdzięk Aśki sprawiały, że choć było nas trzech mężczyzn i jedna kobieta, funkcjonowaliśmy w energii żeńskiej. Teraz próbuję to przedefiniować i wejść w energię męską”
– tłumaczy Kamys. Jednocześnie przyznaje, że to dla niego osobiste wyzwanie: „Zawsze wszystko robiłem razem z Aśką. Teraz jej nie ma. Jest trudniej”.
Kołaczkowska pozostawiła po sobie nie tylko pustkę, ale i ogromne dziedzictwo.
„Ludzie odnaleźli w niej szczerość i prawdę. Była empatyczna, zdystansowana do siebie. Oswajała cudze i własne traumy”
– wspomina Kamys, nazywając jej solowy program „Hrabina Pączek” „perłą kabaretową”.
hrAbi nie zamyka przeszłości, ale patrzy do przodu bez fałszu.
„Wracamy do wypracowanych mechanizmów. Program będzie ewoluował, stawał się coraz lepszy”
– zapowiada Kamys. Ten powrót nie jest ucieczką od straty. To próba życia i tworzenia mimo niej.