Józef Poniatowski
Honor – punkt, który się z życiem nie kończy
Któregoś dnia stanąłem nad brzegiem Elstery. Mniej więcej w tym miejscu, gdzie 19 października 1813 roku zginął książę Józef Poniatowski. Ten, któremu „Bóg powierzył honor Polaków”. Patrzyłem w nurt rzeki. Zrobiłem kilka zdjęć. Wychowany w domu o tradycjach niepodległościowych, otoczony kultem Bonapartego, wyniosłem też w dorosłość zaklęty w duszy obraz księcia Pepi, który będąc wierny do końca ideałom ginie trafiony jakąś zbłąkaną kulą. W Lipsku, w muzeum poświęconym Bitwie Narodów, patrzyłem na wystawione w gablocie siodło Poniatowskiego tak dobrze mi znane z różnorakich rycin, ilustracji i obrazów. Ale myśl moja biegła nie do tych dni ostatnich spod znaku cesarskich orłów napoleońskich, w których się dopełnił się los bohatera, lecz do czasów, w których się umysł i dusza księcia kształtowały; kiedy to z oficera „o polskim nazwisku” wyłaniał się oficer „o polskim sercu”. Co sprawiło, że umiłowanie Ojczyzny i Honoru stało się dla niego wartością nadrzędną?