W chwili próby, gdy ważyły się polskie losy w dobie wojny z Rosjanami o Konstytucję 3 Maja w 1792 roku, Poniatowski mocno sprzeciwił się postawie stryja, nie mogąc wprost uwierzyć w to, że król przystąpił do Targowicy. Ten rok chyba właśnie, ze wszystkimi wydarzeniami i konsekwencjami, uznać za można za czas, w którym się „urodził” właściwy książę Józef. Rok, w którym „tańczyły” wokół niego dwa szalone duchy: Honor i Hańba. Jak w najbardziej przejmującym dramacie – zdrada stryja, który przecież niejako go „usynowił”, ściągnął do Polski, nawet, o paradoksie!, miał swój udział w wydobyciu cech polskich wychowanego w Austrii oficera, dała zaczyn całej dalszej postawie. Tej niezłomnej, nieustannej gonitwie za tym, co honorowe. Nawet wbrew temu, co dzisiejsi realiści nazywają „zdrowym rozsądkiem”, a konserwatyści z wieku XIX „trzeźwością”… Jakby książę Pepi szukał śmierci, by swoim życiem odkupić winy stryja, jakby sobą samym chciał zmazać hańbę zawisłą nad rodem i nazwiskiem. Innymi słowy, może by takiego księcia nie było, gdyby z drugiej strony nie stanęła zdrada Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Miło nieść życie na ofiarę ojczyźnie
Książę urodził się w Wiedniu w roku 1763, ojcem jego był Andrzej Poniatowski, pełniący służbę wojskową w austriackim wojsku, zaś matką Teresa z książąt Kinskych. Ojciec zmarł w roku 1773, gdy młody Poniatowski miał dopiero dziesięć lat, toteż chłopak w dużej mierze wychowywał się pod okiem matki, z którą porozumiewał się po francusku. Na szczęście cały czas miał kontakt z mową ojczystą, którą posługiwała się służba, rodzina i bliskie otoczenie księcia. Od dziecka był szkolony z myślą o służbie wojskowej i w wojsku austriackim piął się po szczeblach wojskowej kariery, w trakcie bitwy pod Sabaczem w styczniu 1788 odniósł nawet ranę. Już w następnym roku został wezwany do Polski. W Rzeczpospolitej trwały obrady Sejmu Czteroletniego, które miały się zakończyć uchwaleniem konstytucji, a młody oficer czas ten poświęcił nie tylko na studiowanie polskich warunków i okoliczności politycznych, ale także na podróże po kraju, spotkania z rodakami i poznawanie polskiego „ducha”. Gdy składał dymisję z wojska austriackiego nie chciał pozostawić w rękach cesarza zobowiązania, że nigdy nie opowie się przeciw niemu zbrojnie. I w końcu przy wsparciu dyplomatycznym, udało mu się takie niezbędne przy dymisji zobowiązanie odebrać. Jednak służba w polskiej armii napawała go niepokojem, bo nie dość że armia ta była zbyt mała, to jeszcze niedoświadczona i źle wyszkolona. Jego obawy potwierdziła wojna obronna, jaka wybuchła w roku 1792, po radosnych obchodach rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja i po wmurowaniu kamienia węgielnego pod budowę Świątyni Opatrzności. Dosłownie kilka dni wcześniej w Petersburgu przyszykowano już proklamację konfederacji Targowickiej, którą w połowie maja ogłoszono, zaś 18-ego caryca Katarzyna wydała manifest, w którym oskarżała Polskę o porozumienia z Turcją, prześladowania Rosjan i prawosławnych. Wojska rosyjskie wkroczyły do Rzeczypospolitej w sile blisko 100 tysięcy. Co więcej, była to zaprawiona w boju armia, która doświadczenia zdobyła w dopiero co skończonych zmaganiach z Turcją. Co jednak było najgorsze, to fakt, że niejako na tych rosyjskich bagnetach wjeżdżali do Polski zdrajcy – targowiczanie – Szczęsny Potocki, Ksawery Branicki czy hetman Seweryn Rzewuski. Przeciwko nim wystawiono polską armię, która była de facto w fazie organizacji (do jej wielkości określonej w ustawie zasadniczej z roku 1791 brakowało kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a ci którzy pełnili służbę nie byli jeszcze przygotowani do prowadzenia zmagań wojennych). Na czele tej armii król postawił swego bratanka, księcia Józefa Poniatowskiego, który jako naczelny wódz miał pod swoją komendą Tadeusza Kościuszkę, Józefa Zajączka, Michała Wielhorskiego. Książę Pepi mając świadomość tego, że nie będzie w stanie zbyt szczupłymi siłami osłonić rozległych granic Rzeczypospolitej, postanowił walczyć bezpośrednio z nacierającymi korpusami generałów Kreczetnikowa i Kachowskiego. Zamiast skupiać się na przebiegu samych wypadków z punktu widzenia strategicznego, proponuję przyjrzeć się roli, jaką Naczelny Wódz pełnił w sensie panowania nad ładem moralnym i siłą duchową podległych mu wojsk. Jest to rzecz o tyle ciekawa, iż potem bardzo podobne działania można dostrzec, gdy przeniesiemy się o wiek później, do lat 1912-1914, gdy Józef Piłsudski w ramach Związku Walki Czynnej, wraz Kazimierzem Sosnkowskim „wychowywał sobie” polskiego żołnierza. Komendant Legionów opowiadał potem w wykładach o wartości polskiego żołnierza o tym, że najważniejszym elementem kształtującym tę wartość jest siła duchowa i moralna. Niestety, książę Józef, dowodzący polskim wojskiem w roku 1792 nie miał czasu na żadne dłuższe szkolenia, zaś swoją misję wychowawczą mógł prowadzić jedynie przez rozkazy, polecenia i własny przykład. To zresztą kolejny element jego dalszych postaw – świadomość tego, że wojsko patrzy na dowódcę, na nim więc spoczywa ciężar szczególny i szczególna odpowiedzialność. Gdy pisał do Komisji Wojskowej Obojga Narodów z prośbami o odpowiedni ekwipunek, to stawiał sprawę na ostrzu noża, grożąc dymisją w razie niespełnienia żądań i dodając „że jak mi miło będzie nieść życie na ofiarę ojczyźnie i posłuszeństwu (w czem się zapewne ochraniać nie będę), tak jeżeli wyżej wyrażone punkta swojego nie pozyskają zaradzenia, nie wyrzekam się powrócić do dywizji, ale proszę, aby kto inny objął komendę, ponieważ ofiara życia każdego żołnierza jest obowiązkiem, ale honor i reputacja jest punkt, który się z życiem nie kończy”. W liście do komisji znaleźć można sens i zapowiedź dalszego losu Naczelnego Wodza.
Nie znam innej władzy, jak władzę, którą cały naród ustanowił
Gdy obejmował wojsko polskie usiłował jeszcze skromnie prosić króla, by komuś godniejszemu dał przywództwo, ale potem już skromnością się nie zasłaniał i robił, co tylko umiał najlepszego, by powstrzymać najazd Rosji i Targowicy. Jak pisał Sokołowski, do siedziby swojej w Tulczynie, w województwie bracławskim, zjechał Szczęsny Potocki „w otoczeniu dwustu »alianckich« dońców i trzystu kozaków nadwornych”. Niech starczy to za wszelkie komentarze. Inny zdrajca, Seweryn „na Rzewuskach” rozsyłał, gdzie mógł, uniwersały godzące w Konstytucję 3 Maja, opowiadał się w nich „przy wierze, wolności, całości granic”, krytykował króla, a następnie zwracał się wprost do „generał-lejtnantów, generał-majorów, brygadyerów, vicebrygadyerów, sztabs i ober-oficerów obojego zaciągu”, aby ci porzucili służbę i przeszli na stronę moskiewską. Czyli wprost i otwarcie nawoływał do powszechnej zdrady. Argumentował przy tym, iż winni stanąć po stronie Moskwy „jako z wojskiem posiłkowem generalnej konfederacyi i które wielka dusza Najjaśniejszej Imperatorowy rosyjskiej daje do obrony i utrzymania Rzeczpospolitej naprzeciw tym rodakom, którzy zapomniawszy się, iż wolnymi i szlachtą rodzili, i wolność i szlachtę dokonać i zgubićby jeszcze kusili się”.
Ciągle zdumiewają te słowa o wolności, jakimi przy wszelkiej okazji szermowali targowiczanie. Może, czytając stwierdzenia sprzed ponad dwóch wieków, łatwiej zrozumieć obecne czasy, kiedy to ci, co o wolność krzyczą, przeciwko najpiękniejszym wartościom, życiu i wolności człowieka występują. W każdym razie jeden z odpisów uniwersału dotarł do rąk Poniatowskiego. Odpowiedział nań publicznie, ukazując kwintesencję swej postawy:
„Odebrałem pismo WPana Mości Panie Rzewuski, nad którym długo myślałem, co ono ma znaczyć i czyli mam na nie odpowiedzieć? Lecz człowiek poczciwy nie ukrywa swych myśli – wzgarda dla podłych jest jego prawidłem! Tak i ja dziś z WPanem postępuję. Jako żołnierz przysięgły, honor kochający i powinności swojej zadość czyniący, nie znam innej władzy, jak władzę, którą cały naród ustanowił, żadnego innego prawa jak rozkaz króla i P. Komisji Wojskowej, żadnego innego obowiązku, jak żyć z ukochaną ojczyzną, lub za nią umierać. Jako obywatel nie mogę słuchać rady WPana, która pod pozorem wolności, upstrzona licznemi bajkami, wsparta jest obcą przemocą. Ci którzy śmieli dla ich dumy i własnej miłości sprzedać krew współziomków swoich, są ohydą narodu i zdrajcami ojczyzny! To są moje sentymenta i wszystkich podkomendnych moich, zacząwszy od prostego żołnierza. Proszę więc WPana zaniechać odtąd niepotrzebnych pism, które nikogo omamić nie potrafią i być przekonanym: że Ojczyzna jest naszym Bogiem, że zbrojny obcy żołnierz na gruncie polskim znajdujący się, nie sprzymierzony, nie może nam przynosić przyjaźni i że takowego żołnierz Rzeczypospolitej szukać będzie albo zwyciężać albo umrzeć ze złą sławą!”.
Żołnierze masowo zgłaszali się do dowódcy, by pod listem złożyć swe podpisy. Myślę, że pismo to mogłoby z równie dobrze wyjść spod ręki pułkownika Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, bo sens jego, bo odniesienie do przysięgi żołnierskiej, honoru i konieczności walki zarówno z najeźdźcą, jak i z Polakami, którzy z tym najeźdźcą współpracują, nie stracił nic na swej aktualności. Odpowiedź dana Rzewuskiemu, przepisana słowo w słowo mogłaby być wysłana do któregokolwiek Urzędu Bezpieczeństwa i miałaby sens. Książę Józef był jednym z pierwszych Żołnierzy Niezłomnych. Wytyczał piękny szlak.
Na taką nikczemność nie byłem przygotowany
Poniatowski walczył z Moskalami jak tylko mógł, w bitwie pod Zieleńcami po prostu ich sprał, pomimo tego, że miała ona z naszej strony raczej charakter obronny. Mówiono potem, że to pierwsze polskie zwycięstwo od czasu wiktorii wiedeńskiej.
Jednak niebawem miał spaść na księcia największy cios. Król Polski, Stanisław August Poniatowski przystąpił do Targowicy. Józef dowiedział się o tym 24 lipca i długo nie mógł ochłonąć. Julian Ursyn Niemcewicz w swoich pamiętnikach napisał, że książę wyglądał jakby umarł, jakby gdzieś się zapadł… Stanisław August Poniatowski był dla niego więcej niż stryjem, zastępował zmarłego wcześniej ojca. Ale przede wszystkim był nie tylko członkiem rodziny, ile polskim monarchą. Poniatowski błagał go jeszcze, by z tej fatalnej decyzji się wycofał. „Na taką nikczemność nie byłem przygotowany” – sam potem przyznawał dodając, że „raczej należało bić się do zgonu, niż oddychać hańbą”. Zaraz następnego dnia napisał długi list do króla, w którym wspominał „wiecznej niesławie”. Zdał dowództwo Kościuszce, pojechał do Warszawy, pisał publiczne listy piętnując postawę króla, wreszcie zdecydował się na dymisję. W piśmie do stryja uderzał ostro: „Mógłżebyś wahać się, Najjaśniejszy Panie, wybrać raczej chwalebny zgon, zgon godny Ciebie, zgubę zupełną, ale zaszczytną, niż tę resztę panowania, niż tę resztę narodu skalaną intrygą, zdradą, nierządem i słabością…”.
Książę Józef Poniatowski, wierny Ojczyźnie i nakazom honoru, zginął walcząc do samego końca, w nurtach Elstery, 19 października 1813 roku. Zostawił testament, który umiejętnie odczytało wiele następnych pokoleń. Pokoleń, które potrafiły „zachować się, jak trzeba”.