W weekend doszło do wybuchu bomby podłożonej pod balkonem w bloku w dzielnicy Soedermalm w centrum Sztokholmu. Poważnie uszkodzona jest konstrukcja budynku, mieszkańcy 20 lokali zostali ewakuowani i nie wiadomo, kiedy będą mogli wrócić. "W pierwszym momencie myślałem, że to wojna" - powiedział telewizji SVT jeden ze świadków.
Wcześniej w czwartek późnym wieczorem eksplozja zniszczyła klatkę schodową w budynku wielorodzinnym w Huvudsta pod Sztokholmem. Straty to m.in. powybijane szyby w 50 oknach oraz uszkodzone drzwi.
W wyniku eksplozji nikt nie odniósł większych obrażeń. Policja łączy ze sobą oba zdarzenia i prowadzi śledztwo w sprawie dewastacji mienia. Podejrzewa, że wybuchy są związane z porachunkami grup przestępczych. "Obie eksplozje miały miejsce w krótkim odstępie czasu" - podkreślił rzecznik sztokholmskiej policji Ola Oesterling.
W ciągu ostatniego tygodnia materiały wybuchowe uszkodziły także budynki mieszkalne w Astorp oraz Helsingborgu na południu kraju.
Pod koniec sierpnia w Sztokholmie w torbie pozostawionej w parku Kungstradgarden przy luksusowej restauracji Operakallaren policja znalazła bombę. W związku ze sprawą aresztowano trzy osoby, w tym 15-latka, który - według mediów - przywiózł materiał wybuchowy kolejką podmiejską z Jordbro.
Według kryminologa z Uniwersytetu w Malmoe Manne Gerella "liczba eksplozji zależy m.in. od konfliktów w środowisku przestępczym oraz dostępności materiałów wybuchowych". - Kilka lat temu popularne były bomby w termosach, jednak policja zatrzymała kilka osób i to źródło wyschło - podkreśla Gerell. Jak dodaje naukowiec, "bomby, najczęściej domowej konstrukcji, podkładane są raczej nie po to, by kogoś zabić lub zranić, ale zaszantażować lub zastraszyć osoby niebędące przestępcami".