Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Ponadczasowość głupców. Rosjanie jako poczciwi ludzie to stary trik

Nie nauczy się nigdy człowiek Zachodu mentalności Rosjan, specyfiki państwa rosyjskiego i nie uodporni się na tanie sztuczki propagandowe. Polak powinien to pojąć szybciej, ale ostatnio i to nie za dobrze wychodzi.

Wyrastają ostatnio bardzo obficie wideoreportaże z Rosji, przedstawiające żywot człowieka poczciwego w państwie Putina, człowieka rzekomo życzliwego, nastawionego pokojowo, ciepło myślącego o Polakach. „Dobrzy ludzie”, „Ja też miło wspominam Rosjan”, „I gdzie są ci niby straszni Rosjanie” – piszą zachwyceni internauci po obejrzeniu wywiadów autorstwa albo amatorów, albo rasowych dziennikarzy z kilkudziesięcioletnim stażem, gdzie tzw. prosty rosyjski człowiek opowiada, jak to życzy światu pokoju, a ludziom miłości.

Głupcy z Zachodu

Wbrew pozorom identyczne materiały ukazują się na rosyjski, a wcześniej sowiecki, temat od długich dziesięcioleci. Obecne reportaże do złudzenia przypominają relację Johna Steinbecka i Roberta Capy ze Związku Sowieckiego, który odwiedzili zaraz po II wojnie światowej. Steinbeck był wybitnym powieściopisarzem, późniejszym laureatem Literackiej Nagrody Nobla, autorem lewicującym, ale nie fanatycznym. Capa zaś był genialnym fotoreporterem, królem czarno-białego aparatu, którym potrafił uchwycić emocje, dynamikę i naturę człowieka. Powstał z tego „Dziennik z podróży do Rosji”, który okazał się perełką prokomunistycznej propagandy, choć przecież obaj panowie komunistami nie byli i jedynie opisali to, co widzieli. Problem polega na tym, że dziennikarz, pisarz czy reporter powołany jest po to, by widzieć więcej niż tanie pozory, bo przecież „opisać to, co się widzi”, może listonosz albo kolejarz i żaden autor nie byłby tu potrzebny. 

Banalne wnioski genialnego pisarza uderzają na każdym kroku: „Nie mamy żadnych wniosków poza jednym” – konkluduje literat. „Rosjanie nie różnią się niczym od reszty populacji świata. Oczywiście są wśród nich źli ludzie, ale ogromna większość to bardzo dobrzy ludzie”. Groteskowość tej pointy polega na tym, że nie po to organizuje się podróż na drugą półkulę ziemskiego globu, wydaje pieniądze na loty, zdobywa cały stos pozwoleń od totalitarnego państwa i wyrusza do kraju o skrajnie odmiennym typie ustroju i kultury, by na koniec machnąć ręką i powiedzieć, że „wszystko jest tak samo”. Ludzie dziś przeznaczają swoje wypłaty na choćby kilka dni w podobnym kulturowo kraju (któż nie chce do Rzymu, Madrytu czy Londynu), bo widzą i podziwiają różnice w architekturze, jedzeniu, usługach, a arcywnikliwy Steinbeck co rusz na stronach „Dziennika” pisze, że w stalinowskich Sowietach jest tak samo jak u farmera w Kansas czy u dyrektora gmachu w Nowym Jorku. To samo uprawia dziś youtuber, który jedzie na Białoruś i do Rosji, „odkrywając” z triumfem, że Rosjanin też jest człowiekiem, je ustami, słucha uszami i spaceruje na dwóch nogach. „Są tacy jak my” – radują się ich widzowie. Ale nie do końca tak jest.

Dwulicowość Wschodu

Nieco przed Steinbeckiem był w Sowietach inny pisarz – Artur Koestler. Choć publicznie również sprzedawał zachodniemu czytelnikowi papkę o poczciwych Rosjanach, to w swoich wspomnieniach był już szczery – z goryczą odnotował, że kobieta, która go w sobie rozkochała, była podstawiona przez służby, a podczas podróży realizowano pokazówki, by wywrzeć pozytywne wrażenie. Rosjanie już 100 lat temu zinstytucjonalizowali wizyty zagranicznych cudzoziemców, tworząc niby biuro podróży – Intourist. Instytucja ta tak naprawdę selekcjonowała miejsca i lokalne kadry witające turystów tak, by stworzyć właśnie taki przekaz, jaki potem publicznie powtarzali kiedyś Artur Koestler czy John Steinbeck, a dziś Maria Wiernikowska. Nie trzeba tu było wielkiej logistyki – kilka miejsc z dodatkowym przydziałem żywności, parę dodatkowych remontów w domu dziecka i kołchozie oraz fabryce, gorliwy dyrektor, który wybierze co bardziej jowialnych robotników czy kołchoźników, co potrafią zagadać i rozbawić towarzystwo. 

Gdy ktoś odbywał takie rozmowy częściej i regularniej, odnotowywał z łatwością dziwną powtarzalność gestów i słów swoich rosyjskich rozmówców. Np. w 1959 r. pracownicy Amerykańskiej Wystawy Narodowej w Moskwie zauważyli, że Rosjanie są często „zatroskani” o los Murzynów czy bezdomnych w Stanach Zjednoczonych. Rosjanie bowiem, jak jasno wynikało z ich deklaracji, miłowali pokój i wszystkim ludziom życzyli szczęścia. Toż to i w 2026 r. powtarzają przechodnie moskiewskich ulic, często starsi ludzie, może nawet ci sami, którzy w 1959 r. jako młodzież Komsomołu byli uczeni, by właśnie tak się zachowywać.

Mechanizmy fałszu

Bo w rzeczy samej nie trzeba dziś szczególnej instytucjonalizacji, by „zwykli Rosjanie” zachowywali się przed kamerami tak, jak by chciała władza. Sowieci bowiem szybko przejęli po prawosławiu pewien rodzaj uniwersalizmu (tyle że bez Boga), gdzie deklarowali miłość do całego rodzaju ludzkiego, nienawidząc jednak ludzi z osobna. I tę dwulicowość – zakodowaną w rosyjskiej kulturze – odnotował już słynny markiz de Custine, którego „Listy z Rosji” z 1839 r. stały się podstawowym podręcznikiem rozumienia Rosji. Francuz bowiem zauważył, że żyjąc pod twardym butem cara (potem I sekretarza, dziś prezydenta Federacji Rosyjskiej), mieszkańcy wykształcili w sobie mechanizmy obronne – w domach czy z najbliższymi nastawieni na przetrwanie, oszukanie i ogranie świata zewnętrznego, publicznie byli uniżeni, potulni i sympatyczni. Widziałem to na własne oczy w ekstremalnych warunkach. 

Rosyjski mężczyzna, żołnierz armii Władimira Putina, który przed chwilą z karabinem w ręku nazywał Ukraińców „robakami do zdeptania”, z chwilą, gdy trafiał do niewoli, wydawał się najmilszym facetem i najbardziej nieszczęśliwą ofiarą wojny. On nie chciał, jego zmusili, on zamierzał się poddać, już właściwie przechodził na stronę ukraińską, w mundur go wsadzili, musiał zarobić na chorobę matki, siostry, żony, córki. Czy dzisiejsi youtuberzy uwierzyliby i takim jeńcom? 

„Sprytna apatia – oto sekret życiowy ogółu ludzi” – tłumaczył markiz znad Sekwany. Zarówno de Custine, jak i późniejszy o 150 lat Ryszard Kapuściński odnotowali szybko, że z chwilą, gdy cudzoziemiec zadaje Rosjaninowi pytanie, ten od razu przybiera pozę ostrożnego świętoszka. A polski reporter odnotował to w 1991 r., czyli gdy twardość reżimu Kreml miał już za sobą, a co dopiero w stalinowskich realiach Steinbecka czy putinowskim mirze dzisiejszych reportażystów. Kiedyś ten „poczciwy Rosjanin” obawiał się, że napotkał konfidenta, a dziś – gdy włączona jest kamera, a zapis rozmowy pójdzie przez internet w świat – tenże poczciwiec jest pewien, że ktoś nieżyczliwy ten kadr zobaczy i przestudiuje, włączają się więc sprawdzone mechanizmy obronne.

Trików poczciwców jest więcej – i wtedy, i dziś pokazuje się np. kulinaria, świeży chleb, duże kromki, grubo smarowane masło i śmiech przy piciu wódki, roztaczając słowianofilski mit pierwotnego chłopa gospodarza, którego nie interesuje polityka, a jedynie uczciwy żywot. Dobrą kartą w grze emocji jest też pokazanie biedy, zawsze szlachetnie usprawiedliwianej. W każdym momencie rosyjskiego życia znajdzie się jakaś prowadzona albo niedawno zakończona wojna, której zniszczenia prowadzą do zubożenia. Rosjanie więc jawią się jako ofiary każdej wojny, nieważne, jak daleko w głąb napadniętego kraju by weszli. Zachód łyka, przetwarza i zachwyca się tymi samymi sztuczkami przez dwa stulecia. A jego rozmówca z ulicy wraca potem do domu, dzwoni do siostrzeńca pod Kupiańskiem i pyta, ile już tych nazistowskich k…w z Zachodu udało się zabić.

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane