Mecz Meksyk–Anglia oglądałem w maleńkiej knajpce w podnowojorskiej miejscowości Secaucus, którą od stadionu MetLife Stadium oddzielają jedynie spokojna rzeczka oraz zlokalizowane zaraz za nią drugie największe centrum handlowe w USA, nie bez powodu zapewne nazwane „American Dream”.
Frekwencja w barze Plank Road Inn była niewielka, a w pewnym momencie widzów było mniej niż telewizorów, na których mecz był wyświetlany. Do tego stopnia, że znudzony barman na jednym z nich włączył sobie mecz baseballa drużyny Los Angeles Dodgers. Obok mnie ten świetny, wygrany przez Anglików 2:3 mecz oglądali redaktor Dawid Wildstein, Maciej Rusiński (szef klubu „Gazety Polskiej” w Nowym Jorku), kilku miejscowych oraz… przybysze z Wysp Brytyjskich, kibice reprezentacji Anglii.
Z Nowego Jorku do Mexico City (albo nie)
Ci ostatni pojawili się tu nieprzypadkiem, ledwo tydzień wcześniej ich drużyna na wspomnianym MetLife Stadium pokonała Panamę 0:2. Problem polegał jednak na tym, że gdyby chcieli zobaczyć na żywo Harry’ego Kane’a i spółkę w meczu, który wspólnie oglądaliśmy, musieliby wyruszyć w podróż do Mexico City, a więc ponad 3300 km. To właśnie tam, na położonym 2240 m n.p.m. Estadio Azteca ich piłkarze pozbawili marzeń współgospodarzy turnieju.
Anglicy nie mieli na tym mundialu lekko. Stacja BBC policzyła nawet, że reprezentacja „trzech lwów” przeleciała w sumie ponad 22 500 km – najwięcej spośród półfinalistów. I choć zapewne byli tacy kibice z Europy, którym zasobność portfela i umiejętności logistyczne pozwoliły zobaczyć wszystkie mecze na żywo, to większość, jeśli już wybrała się za ocean na jeden z meczów, to zostawała już na miejscu – tak jak angielscy fani z baru Plank Road Inn. Nie wyglądali jednak na zmartwionych. Bo przecież możliwość oglądania meczu swojej drużyny w tradycyjnej knajpie „niebieskich kołnierzyków” – amerykańskiej klasy robotniczej, miejscu wyglądającym jak wyjęte rodem z hollywoodzkich filmów, z lodowatym piwem i smażonym na głębokim tłuszczu kurczakiem samo w sobie musiało być atrakcją. Tuż przed barem znajdował się posterunek straży pożarnej, z którego otwartych garaży zerkały wielkie, czerwone i wypolerowane na błysk wozy, a samo Secaucus przypominało idylliczny obrazek amerykańskich suburbiów, gdzie w ogródkach wiszą flagi USA, a na słupach i latarniach portrety tegorocznych absolwentów szkół średnich okraszone mianem „naszych bohaterów”. Do Nowego Jorku, w którym każdy turysta czuje się, jakby „wszedł do filmu”, było z kolei 25 minut świetną komunikacją miejską.
To właśnie tego typu obrazki jak niemal idylliczne Secaucus wprawiały w konfuzję przybyszów z całego świata (a szczególnie z Europy) tak bardzo, że nawet tygodnik „The Economist” napisał:
Klimatyzator symbolem wolności
To prawda. Mistrzostwa świata stały się dla USA, z Donaldem Trumpem na czele, niesamowitą okazją do tego, by przypomnieć światu o swojej hegemonii, także tej wyrażanej w rzeczach bardziej przyziemnych niż lotniskowce, misje kosmiczne czy możliwość prowadzenia kilku wojen naraz. I tak przybyszów z całego świata zachwycały zwyczajne dla Amerykanów sprawy, jak powszechność… kostkarek do lodu czy klimatyzatorów. Te ostatnie stały się nawet przedmiotem drwin, gdy w panujących po obu stronach globu upałach (i w Nowym Jorku, i w Warszawie temperatury przekraczały 40 st. C) okazywało się, że w USA klimatyzowane pomieszczenia nie są luksusem, a standardem (klimatyzację ma nawet 90 proc. gospodarstw domowych).
W tym czasie w Europie, gdzie odsetek ten wynosi ledwo 20 proc. (w Polsce jeszcze mniej), w trakcie piekielnego skwaru dodatkowo wzywano mieszkańców do „regulowania klimatyzacji”, jeśli już ją mają. Oczywiście wszystko w imię walki z globalnym ociepleniem oraz ze względu na wysokie koszty energii.
To właśnie ta normalność i wolność objawiająca się na przykład we względnie taniej benzynie pozwalającej na zatankowanie samochodów o potężnych silnikach, zachwyt nad „filmową” kulturą i przyjaznym usposobieniem Amerykanów sprawiały, że zamiast udaru słonecznego wielu z przybyszów doznawało szoku kulturowego. Kibice z Europy zobaczyli, że pomimo swoich obiektywnych problemów USA rozwijają się w sposób nieskrępowany i nie zamierzają przestać. Tymczasem Europa coraz bardziej pogrąża się w stagnacji i z równorzędnego uczestnika światowego wyścigu zmienia się w spętany ograniczeniami, regulacjami oraz niemocą skansen (zobaczył to także autor z „The Economist” i nie był zadowolony).
Absurdy i dziwowiska
„Dla niektórych zagranicznych turystów przyjazd do Stanów Zjednoczonych wydaje się jak osobiste spotkanie z Myszką Miki” – pisał z kolei na swojej stronie internetowej serwis VOX, wskazując na rolę soft power w amerykańskiej polityce. Ta soft power ujawniła się (według szacunków) oczom ponad 1,2 mln ludzi, którzy przybyli do USA w czasie mundialu. Warto przy tym dodać, że z najnowszych danych wynika, że większość z nich nie miała nawet szansy zobaczyć meczu na żywo, ale mogła za to „na własne oczy” ujrzeć prawdziwy obraz Stanów Zjednoczonych w 250. rocznicę podpisania Deklaracji Niepodległości przypadającej przecież w czasie mundialu (4 lipca). I był to obraz dalece inny od powszechnej w Europie i niestety także w Polsce antyamerykańskiej propagandy. Bogactwo, niezmącona przyroda, przyzywające wolnością przestrzenie i przyjaźni, otwarci na innych ludzie.
Oczywiście nie brakowało przy tej okazji absurdów czy elementów zakrawających na szok kulturowy, jak wówczas, gdy okazało się, że Amerykanie wymusili na FIFA „przerwy na nawodnienie”, które następnie sprzedali jako czas reklamowy (inna sprawa, że w piekielnych upałach przerwy te i tak były wskazane), lub jak wtedy, gdy w trakcie finału mistrzostw przedłużono przerwę, serwując widzom program artystyczny na miarę Super Bowl – finałowego meczu o mistrzostwo w futbolu amerykańskim zawodowej ligi National Football League (NFL). Nieprzywykli do tego typu oprawy europejscy amatorzy piłki nożnej często kręcili nosami, twierdząc, że to, co Amerykanie z uporem nazywają „soccer”, nie potrzebuje tego typu entourage’u. To jednak didaskalia.
Co dodatkowo ważne, nie jest wcale tak, jak chciałyby liberalne media w USA, które musiały zauważyć „softpowerowy” sukces mundialu, pisząc, że „stało się to pomimo Donalda Trumpa”. Wspomniany serwis VOX zauważa na przykład, że „Mistrzostwa świata pokazują, czego Trump nie może zniszczyć w Ameryce”.
To oczywista nieprawda, nikt inny jak właśnie Trump nie rozumie bardziej siły nostalgii, popkultury oraz ich wpływu na świat, co pokazał choćby podczas gali MMA przed Białym Domem czy w trakcie rozległych uroczystości „America 250”, które na szczeblu państwowym objęły cały kraj. USA właśnie pod przywództwem Trumpa okazały się krajem gościnnym i bezpiecznym, o czym świadczą relacje tysięcy ludzi przemierzających je na przełomie czerwca i lipca. Te relacje stanowią poważny problem dla rządzących we Francji, w Niemczech, Hiszpanii i innych krajach „starej Europy”, strofujących Stany przy byle okazji.
Recepta dla narzekaczy
Szkoda tylko, że nasza reprezentacja nie zakwalifikowała się do mundialu 2026. Nie tylko ze względów oczywistych – sportowych, ale także dlatego, że część powtarzających antyamerykańską propagandę narzekaczy mogłaby na własne oczy przekonać się, ile ma ona wspólnego z rzeczywistością. Sam dołożyłbym się do biletu kilku takim, którzy nawet po finale mistrzostw przekonywali w mediach społecznościowych, że był on… dowodem na upadek Ameryki, bo Donald Trump zapozował do fotografii z drużyną Hiszpanii. Sam Metlife Stadium określili z kolei mianem „położonego w morzu betonu” i kompletnie nieprzyjaznego ze względu na wielki parking (blisko 30 tys. miejsc, stadion mieści 80 tys. ludzi).
Pozostaje życzyć, by mogli kiedyś spędzić z przybywającymi tu z dwóch stanów (New Jersey, Nowy Jork) kibicami drużyn Mets lub Jets czas przed meczem i po nim tych futbolowych (nie piłkarskich) drużyn. Ci tradycyjnie spędzają go właśnie na parkingu przed stadionem, biesiadując przy grillach oraz wspólnych grach i muzyce, a ten szalenie popularny rodzaj aktywności nazywa się „tailgating” i pochodzi od określenia opuszczonej klapy w pickupie, na której można wygodnie usiąść. Może wtedy udałoby się naszym narzekaczom przekonać Amerykanów, że żyją w „idiokracji”, „dystopii” czy kraju upadłym. Choć bardziej należy spodziewać się, że po kilku rozmowach przy zimnym Budweiserze i steku z Angusa doszliby do wniosku, że pogłoski o śmierci USA są mocno przesadzone. Kolejna mundialowa okazja do zobaczenia USA zapewne za wiele lat (poprzednie mistrzostwa odbyły się w 1994 roku). Już w 2028 roku jednak igrzyska olimpijskie odbędą się w Los Angeles. Proponuję zacząć odkładać na bilet, tam – poza wszystkim – polskich sportowców raczej nie zabraknie.
My sami moglibyśmy pomyśleć o tym, czy nie czas na mundial w Polsce. Może – biorąc przykład ze Stanów, dokooptujących do mistrzostw Kanadę i Meksyk – moglibyśmy zorganizować go na przykład z państwami bałtyckimi?
📢 Klub „Gazety Polskiej” w Warszawie, pod przewodnictwem Adama Borowskiego oraz Wolni Polacy zapraszają na wiec:
— Kluby "Gazety Polskiej" (@KlubyGP) August 3, 2026
🇵🇱 „Dziękujemy Panu Prezydentowi Karolowi Nawrockiemu za pierwszy rok prezydentury!”
📅 6 sierpnia (środa)
🕛 Godz. 12:00
📍 Przed Pałacem Prezydenckim w… pic.twitter.com/hkZv8CY2HX