W czasie kampanii wyborczej Trump w niezbyt przemyślanej wypowiedzi stwierdził, że Putin jest w większym stopniu liderem niż Barrack Obama i że cieszy się w Rosji dużym poparciem. Normalnie taka wypowiedź byłaby uznana za gafę, ale w tym momencie jego rywalka Hillary Clinton walczyła z kolejnym skandalem wywołanym przez wykradzione e-maile, a służby oskarżały o ich wykradzenie Rosję. Machina propagandowa Demokratów rzuciła się więc na niezbyt mądre słowa Trumpa próbując przedstawić go jako kandydata prorosyjskiego, a od tego był już tylko krok do przedstawiania go jako rosyjskiego agenta.
Trump musiał zmagać się z tymi oskarżeniami przez całą swoją kadencję. Pomimo zainwestowania w to ogromnych sił i środków – w tym stworzenia specjalnej komisji pod przewodnictwem Roberta Mullera – nie udało się znaleźć nawet cienia dowodu na to, że prezydent współpracował z Kremlem. Praktyka jego rządów też pokazała, że te oskarżenia były bezsensowne, Trump prowadził najostrzejszą politykę wobec Kremla od czasów Reagana. Sami Republikanie natomiast doprowadzili do ujawnienia wielu dokumentów związanych z tymi oskarżeniami, między innymi dotyczących operacji FBI z czasów kampanii wyborczej. Na razie brak na to twardych dowodów, ale z ujawnionych przez nich informacji można wywnioskować, że Demokraci i służby w czasach Obamy wiedziały, że te oskarżenia nie są wiarygodne, ale postanowiły je wykorzystać przeciwko niemu, także do inwigilacji członków jego kampanijnego sztabu.
Kilka dni temu FBI dokonało nalotu na domy byłego burmistrza Nowego Jorku i byłego prawnika Trumpa Rudiego Giulianiego. Skonfiskowali w ich trakcie jego komputery i telefony komórkowe. Te naloty miały związek ze śledztwem w sprawie rzekomego złamania przez niego praw dotyczących lobbingu, ale sam Giuliani stwierdził, że była to próba zastraszenia ze strony Departamentu Sprawiedliwości gdyż on sam zgodził się wcześniej na pełną współpracę ze śledczymi, więc nie było powodu do dokonywania nalotu. Jego zdaniem miał on być zemstą za jego rolę w administracji Trumpa.
Temat tego nalotu pojawił się w programie lewicowego komika i publicysty Billa Mahera. W trakcie dyskusji przyznał on, że media myliły się donosząc o współpracy Trumpa z Kremlem. Kiedy lewicowy pisarz Thomas Frank stwierdził, że nalot na domy Giulianiego nie był bezprecedensowy gdyż to samo robiono z wieloma członkami administracji Nixona, Maher nie zgodził się i stwierdził, że oni nie współpracowali z obcymi państwami – w lewicowej narracji to właśnie Giuliani miał być łącznikiem Trumpa z Kremlem lub wręcz jego agentem prowadzącym.
W trakcie tej dyskusji Maher wypowiedział jednak znamienne słowa.
- Wiesz, wiele tych rzeczy których się dowiedzieliśmy lub dowiadywaliśmy, były mylnie przedstawiane [w mediach -red.]
- stwierdził. Frank spytał go, czy chodzi mu o Russiagate, jak lewica nazywała aferę wokół rzekomej współpracy Trumpa z Rosją, Maher to potwiedził. Sam komik był jednym z głównych zwolenników tej teorii spiskowej i promował ją na każdym kroku, nawet nazywając Trumpa zdrajcą.
Tym razem też zdołał wykorzystać przyznanie się do tworzenia fake newsów i pomówień przez dziennikarzy do kolejnego ataku na Trumpa i obwinił go o całą sytuację. Stwierdził, że lewica wierzyła, że za działaniami Trumpa musiał stać jakiś głębszy spisek, podczas gdy wynikały one z tego, że „był on zarówno idiotą jak i wariatem”. Jako przykład takich działań podał żart Trumpa z czasów kampanii wyborczej, kiedy na jednym spotkaniu z wyborcami poprosił rosyjskie służby, żeby ujawniły maile które Clinton nielegalnie usunęła ze swojego serwera. - Wiesz, naprawdę myśleliśmy, że to w większym stopniu musi być spisek - stwierdził - „Wygląda na to, że on po prostu tak zachowywał się publicznie”.
Innym przykładem podanym przez niego było zwolnienie przez Trumpa szefa FBI Jamesa Comeya. Comey został nominowany na to stanowisko przez Obamę i nie jest do końca jasne dlaczego Trump postanowił go zwolnić. Sam Comey twierdził, że stało się tak gdyż nie chciał się zgodzić na zakończenie śledztwa wobec doradcy ds. bezpieczeństwa Michaela Flynna. Flynn miał sprawę sądową o to, że powiedział FBI, że nie rozmawiał z ambasadorem Rosji w Waszyngtonie, chociaż taka rozmowa miała miejsce. Kiedy tylko jego kłamstwo wyszło na jaw został zwolniony przez Trumpa, a w trakcie procesu przyznał się do winy. Przed ogłoszeniem wyroku wyszło jednak na jaw, że przesłuchujący go agenci FBI od początku planowali tak poprowadzić rozmowę żeby móc go oskarżyć o kłamstwo pod przysięgą. Takie działanie jest nielegalne, więc Departament Sprawiedliwości wycofał się ze stawianych mu zarzutów. Mimo tego sąd nadal prowadził jego sprawę, aż w końcu Trump nie wytrzymał i go ułaskawił.
Warto tutaj odnotować, że zdaniem wielu komentatorów Comey był też osobą, która dała Trumpowi zwycięstwo w wyborach. W trakcie konferencji prasowej o śledztwie w sprawie tego, że Clinton trzymała służbowe e-maile na prywatnym, niezabezpieczonym serwerze i usuwała je niezgodnie z przepisami, w praktyce potwierdził stawiane jej zarzuty, ale stwierdził, że FBI zamyka śledztwo bez oddania sprawy do Departamentu Sprawiedliwości. Wywołało to ogromny skandal i na 11 dni przed wyborami zdecydował się je ponownie otworzyć. To zdarzenie, które przeszło do historii jako „październikowa niespodzianka”, sprawiło, że temat tego skandalu ponownie pojawił się we wszystkich mediach i zdaniem niektórych komentatorów ostatecznie pogrążyło szanse Clinton na zwycięstwo.