Wszędzie są ciała (...) mogliśmy zginąć w każdej chwili - mówiła stacji BBC 28-latka, której udało się uciec z Mariupolu. Jak przekazuje stacjonujący tam żołnierz, walka o miasto nie ustaje.
„Miasto jest zmiatane z powierzchni ziemi”
– oceniła 28-letnia Julia Jaszenko. Ona i jej rodzice są wśród kilkuset pierwszych uchodźców z Mariupolu, którzy przybyli w piątek rano do Lwowa.
„Nasz dom został spalony przez artylerię. Strzelają do wszystkiego w mieście, używają wszelkiej broni. Wszędzie jest czarny dym. Wszędzie są ciała i nikt ich nie zabiera” – powiedziała Jaszenko.
Kobieta opowiedziała BBC, że przez dziewięć dni razem z rodzicami chroniła się w teatrze w Mariupolu. Opuścili go dzień przed tym, jak został zbombardowany.
„Tylko los sprawił, że żyjemy. Mogliśmy zostać zabici w każdej chwili. Ludzie zabrali nas swoim samochodem z miasta "zielonym korytarzem"”
– dodała.
Agencja Interfax-Ukraina podała w piątek, że od rozpoczęcia działania korytarzy humanitarnych, czyli od nieco ponad dwóch dni, Mariupol zdołało opuścić ok. 35 tys. ludzi.
Według informacji przytaczanych przez BBC 350 osób zostało ewakuowanych do Lwowa.
Do sieci trafiło przemówienie zastępcy dowódcy pułku azowskiego kapitana Światosława Palamara, który obecnie ma stacjonować w Mariupolu. Z jego relacji wynika, że walki na ulicach są kontynuowane.
Miasto ma być stale ostrzeliwane przez artylerię i siły powietrzne Rosjan. Ludzie powiązani z wojskiem mają być ostrzeliwani, lub porywani, a teatr, o którym mówiła 28-letnia uchodźczyni, wciąż ulega zniszczeniu.
"Wciąż nieznana jest liczba osób, które zginęły wskutek cynicznej zbrodni Federacji Rosyjskiej"
- przekazał mundurowy.
W wyniku walk, rosyjskie siły miały odnieść znaczące straty. Jak dodaje Palamara, Putin potrzebuje Mariupolu m.in., aby pokazać słabość Ukrainy i stworzyć połączenie lądowe z Kremlem.
"Mariupol nadal jest miastem ukraińskim. Walka trwa"
- zaznacza Palamara.