Nie ma żadnych wątpliwości, że Roman Polański wykorzystał seksualnie, na różne sposoby, dziecko i – dodajmy – przyznał się do tego. Nie ma również większych wątpliwości co do tego, że wiedział, iż jest to osoba nieletnia. A mimo to zdecydował się uczynić to, co uczynił. Jakby tego było mało, po przyznaniu się do winy uciekł przed karą i przez lata się ukrywał.
Zadajmy sobie pytanie, czy gdyby Polański nie był znanym reżyserem, ale np. mieszkańcem niewielkiego miasteczka w Polsce, to też uznalibyśmy, że nie powinien odpowiadać za niewątpliwe przestępstwo, zbrodnię przeciwko dziecku. Czy nauczyciel WF ma prawo wykorzystywać nastolatki i za to też nie powinno się go karać? A właśnie taką decyzję podjęły sądy wszystkich szczebli w Polsce.
Z moralnego punktu widzenia jest to decyzja, która całemu społeczeństwu mówi: „Jeśli jesteś znany, jesteś celebrytą, to możesz wykorzystywać seksualnie dzieci, możesz być pedofilem. Pedofilia jest zakazana tylko wtedy, gdy jesteś biedny, nie jesteś znany albo jesteś księdzem”. I to jest skandaliczna nierówność wobec prawa i bardzo zły sygnał wysłany do środowisk, w których, powiedzmy, pedofilia się zdarza. Przypomnijmy, w Belgii afera pedofilska sięgnęła najwyższych sfer rządowych. W Wielkiej Brytanii okazało się, że tego typu praktyki były powszechne wśród prominentnych dziennikarzy BBC, a teraz okazuje się, iż problem dotyczy najlepszych klubów sportowych.
Nie oskarżam wszystkich aktorów ani artystów o tego typu rzeczy, ale warto pamiętać, że kiedy broniono Polańskiego, to argumentowano, że w tamtych czasach w owym środowisku nie było to nic wielkiego. To niewątpliwe przesunięcie odczuwania moralnego. Przypomnijmy wyznania Daniela Cohn-Bendita, „Czerwonego Dany’ego”, europarlamentarzysty z ramienia Zielonych, że w latach 70., pracując jako wychowawca w przedszkolu, rozbudzał seksualnie i był rozbudzany seksualnie przez przedszkolaki. A także relację kolegi Polańskiego po fachu Bernarda Bertolucciego, który wyznał, że scena gwałtu Marlona Brando na Marii Schneider w „Ostatnim tangu w Paryżu” była prawdziwa i wymuszona na aktorce. Udział w filmie Schneider przypłaciła wieloletnią depresją.
Decyzja Sądu Najwyższego zdaje się mówić, że tego typu zdarzenia są bez znaczenia, bo są udziałem wielkich i możnych tego świata.