Już trzy lata temu blisko 21 mln z 82 mln Niemców przekroczyło 65. rok życia. Za 25 lat seniorów pobierających emeryturę będzie w Niemczech 40 mln. Na zmiany demograficzne reaguje niemiecki rynek pracy. Od 2000 r. liczba czynnych zawodowo emerytów wzrosła o 60 proc., obecnie pracuje 761 tys. seniorów. Spośród 120 tys. emerytów powyżej 75. roku życia aż 80 proc. pracuje na pełen etat. Średnia emerytura w Niemczech po przepracowaniu 35 lat wynosi dziś 1176 euro (ok. 4920 zł) w landach zachodnich i 1034 euro w landach wschodnich. Z 1 lipca br. w związku z dobrymi notowaniami niemieckiej gospodarki rząd podwyższył emerytury i renty Niemców o 2,2 proc. Jednocześnie na początku 2012 r. obniżono składkę rentowo-emerytalną z 19,9 do 19,6 proc., co zdaniem ekonomistów miało jeszcze bardziej polepszyć sytuację ekonomiczną kraju. Mimo to emeryci narzekają, że otrzymywane świadczenia nie są w stanie zaspokoić ich wszystkich potrzeb. Ci, którzy czują się na siłach, dorabiają więc do emerytury.
Za kilkanaście lat dzisiejsze zmartwienia niemieckich seniorów mogą zblednąć przy problemach, z jakimi przyjdzie się zmierzyć następnym pokoleniom. W rozpaczliwym liście zaadresowanym do członków Junge Union (młodych polityków należących do chadeckiej frakcji CDU-CSU) minister ds. rodziny, kobiet, osób starszych i młodzieży Ursula von der Leyen (CDU) mówi otwarcie, że osoby, których dochody miesięczne nie przekraczają dziś 2500 euro brutto, na starość zapukają do ośrodków pomocy społecznej, bo nie będą w stanie samodzielnie się utrzymać. Według dziennika „Bild am Sonntag”, który opublikował w całości list pani minister, von der Leyen ostrzega, że po 35 latach pracy takie osoby dostaną wyłącznie tzw. podstawową emeryturę w wysokości 688 euro. Niewiele w tej sytuacji pomoże podniesienie wieku emerytalnego. Osoba, która przepracuje nie 35, ale 40 lat musiałaby co miesiąc zarabiać 2200 euro, by otrzymać podstawową kwotę emerytalną. A dziś w Niemczech wiele osób zarabia poniżej 2 tys. euro. Niemieckie ministerstwo pracy sugeruje więc, by Niemcy nie liczyli wyłącznie na emeryturę państwową, ale wykupili dodatkowo ubezpieczenie prywatne. I tutaj powstaje drugi problem: osoby zarabiające poniżej średniej krajowej i tak nie są w stanie odłożyć środków na dodatkowe ubezpieczenie, a składki emerytalne płacić muszą, bo nikt ich z tego nie zwolni. – Zarabiam na czysto 1300 euro miesięcznie, po opłaceniu rachunków i zobowiązań zostaje mi 350 euro na życie, sam czynsz za jednopokojowe mieszkanie wynosi 480 euro. Nie liczę na żadną emeryturę, wolałabym sama odkładać pieniądze, które co miesiąc ściąga z mojej pensji zakład ubezpieczeń, po latach może udałoby mi się kupić mały dom, z którego nikt mnie nie wyrzuci na starość, kiedy się okaże, że nie mam na opłacenie światła, zawsze można siedzieć przy świeczkach – mówi w rozmowie z „Codzienną” Anna Kranz, ekspedientka z Berlina. „Wiele osób nie rozumie, że już dziś są zagrożone biedą na starość i że bezspornie potrzebują dodatkowego ubezpieczenia, by nie wpaść w pułapkę biedy na emeryturze” – przekonuje tymczasem w swoim siedmiostronicowym liście Ursula von der Leyen. W najbliższą środę pani minister spotka się z przedstawicielami młodzieżówki.
List miał być formą obrony przed krytyką ze strony młodych polityków zarzucających von der Leyen chęć ratowania emerytów kosztem młodej generacji. W ramach tzw. reformy emerytalnej pani minister zaproponowała bowiem podniesienie emerytur dla osób najmniej zarabiających do 850 euro. Pomysł spotkał się z oburzeniem zarówno w jej mateczniku, czyli CDU, jak i w liberalnym skrzydle koalicji rządzącej – FDP. Koszt projektu oszacowano na 100 mln euro w fazie początkowej i 3,2 mld euro do 2030 r.
