Przez nikogo nieuznawany reżim, wsparty oddziałami uczniów szkół religijnych (czyli talibów), zrobił z Afganistanu „czarną dziurę” świata. Tutaj szkoliły się i wypoczywały najróżniejsze grupy terrorystyczne, głównie członkowie Al-Kaidy. Po zamachach na nowojorskie WTC afgańska opozycja wspierana przez USA (ale i przez Rosję) w ciągu czterech miesięcy rozgromiła oddziały talibów. Do kraju po dziesięcioleciach zaczęli wracać afgańscy uchodźcy z Iranu i Pakistanu.
Talibowie wycofali się na pogranicze afgańsko-pakistańskie, ogromny teren przez nikogo niekontrolowany, a zamieszkany przez bitne plemiona Pasztunów. Po trzech latach powrócili, od 2006 r. infiltrując trzy prowincje na południu Afganistanu (Zabul, Kandahar i Zelman), a od 2008 r. pojawili się na północ od Kabulu.
Wrócili najpierw do prowincji, które są światowym zagłębiem uprawy maku i produkcji opium. Rządy koalicji bardzo ograniczyły ten proceder, a to uderzyło po kieszeni narkotykowych baronów. Co gorsza, wywołało wśród afgańskich chłopów niechęć do NATO. Uprawa maku była podstawą ich egzystencji, bez niej skazani byli na nędzę. W dodatku nowy rząd w Kabulu okazał się skorumpowany i całkowicie oderwany od problemów własnego kraju.
Takie nastroje wykorzystali talibowie. Na miejscu znaleźli zresztą różne lepiej lub gorzej uzbrojone formacje (albo zwykłe bandy), które natychmiast skorzystały z okazji. W siłę urośli partyzanci uzbeccy, prowadzący walkę przeciw reżimowi w Uzbekistanie, ale mający bazy w Afganistanie. W kotle zaczęło wrzeć.
Koalicja nie może dać sobie rady z partyzantką. Talibowie (i inni) nie opanowują żadnych terenów, ale tylko na nich się pojawiają. Przychodzą z sąsiedniego Pakistanu, gigantycznych obszarów Prowincji Północno-Zachodniej, nad którą żaden rząd pakistański nigdy tak naprawdę nie panował. USA jednak coraz mocniej podejrzewają, że rola Pakistanu i dominujących tam wojskowych jest bardziej dwuznaczna. Część wydaje się popierać po cichu talibów, inni czują się obrażeni amerykańskimi akcjami wojskowymi na pakistańskim terytorium (choć sami takich akcji nie chcą prowadzić).
W samym środku tego kotła jest prowincja Ghazni, przez którą prowadzą drogi z Pakistanu do Kandaharu i w okolice Kabulu. A w niej jest 2,5 tys. naszych żołnierzy.
Więcej na ten temat w dzisiejszym wydaniu „Gazety Polskiej Codziennie”
