Do podobnych akcji doszło w sumie w 18 miastach Ukrainy. Około 1,5 tys. osób zebrał protest w Doniecku na wschodzie kraju, skąd swą karierę polityczną zaczynał prezydent Wiktor Janukowycz.
Niezadowolenie z polityki władz wyrażano także w innych centrach przemysłowych: Charkowie, Zaporożu i Dniepropietrowsku.
W Kijowie protestujący po raz drugi w tym tygodniu powalili metalowy parkan, który otacza ukraiński parlament, i ponownie zostali odepchnięci sprzed wejścia do Rady przez milicyjne siły specjalne. Doszło do drobnych przepychanek, w których lekkie obrażenia odnieśli m.in. obecni w centrum wydarzeń dziennikarze.
Wśród demonstrujących byli ratownicy, którzy usuwali skutki katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu, weterani wojny w Afganistanie i przedstawiciele średniego biznesu. „Wolność dla Ukrainy!”, „Precz z bandą!” - wykrzykiwali.
Gdy milicja odepchnęła uczestników akcji poza leżące wokół parlamentu metalowe ogrodzenie, część z nich pomaszerowała pod administrację prezydenta Janukowycza. Protestujący nie dotarli do jego siedziby, gdyż i tu drogę zagrodziła im milicja.
Wcześniej władze ostrzegły, że tylko w czwartkowych demonstracjach w Kijowie może wziąć udział nawet 40 tysięcy osób. Opozycja nazwała te informacje prowokacją.
We wtorek, uczestnicząc w posiedzeniu rządu w Kijowie, prezydent Janukowycz oskarżył swych przeciwników o przygotowywanie zbrojnych ataków na instytucje państwowe oraz zarzucił im dążenie do zachwiania stabilności gospodarczej i politycznej kraju.
- Milicja mówi mi, że kupowana jest broń i trwają przygotowania do zbrojnych ataków na instytucje państwowe - oświadczył prezydent. Jednak te informacje nie potwierdzili przedstawiciele struktur wojskowych Ukrainy.