Szwedzki tyczkarz nie ukrywa, że wspomnienie z 8 lutego 2020 roku wciąż wywołuje u niego dreszcze. To właśnie wtedy, podczas mityngu Orlen Copernicus Cup, skoczył 6,17 m i po raz pierwszy w karierze został rekordzistą świata. Duplantis podkreśla, że był to przełom, który spełnił jego dziecięce marzenia.
Droga do absolutnej dominacji
Rekord Francuza Renaud Lavilleniego (6,16 m) został wymazany, a nazwisko „Mondo” po raz pierwszy trafiło na szczyt tabel. Od tamtej pory Szwed stał się zawodnikiem praktycznie nie do pokonania.
To dla mnie wyjątkowe miejsce, ponieważ ustanowiłem swój pierwszy rekord świata. To moment zmieniający życie, bo z dnia na dzień przechodzisz od tego, że nie masz rekordu do jego posiadania i później utrzymywania, co było jednym z moich największych marzeń z dzieciństwa
- zaznaczył Duplantis.
Tydzień przed powrotem do Torunia na mistrzostwa świata Duplantis osiągnął 6,31 m – wynik, który obrazowo odpowiada wysokości dachu dwupiętrowego budynku. Jego dynamika, lekkość i technika sprawiają wrażenie, jakby grawitacja go nie dotyczyła.
Kolejny rekord świata w Toruniu?
W ostatnim starcie zimowego sezonu Szwed będzie celował w 6,32 m. Złoto wydaje się niemal pewne – ostatni raz przegrał siedem lat temu. Najgroźniejszym rywalem będzie Grek Emmanouil Karalis, który w tym roku skoczył 6,17 m – drugi wynik w historii.
Halowe mistrzostwa świata rozpoczynają się w piątek, a konkurs skoku o tyczce mężczyzn zaplanowano na sobotni wieczór.