By referendum mogło zostać zorganizowane, wniosek prezydenta musi zyskać akceptację Senatu, wyrażoną bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy senatorów. Dyskusji w Senacie towarzyszy sporo emocji - do Warszawy zjechały tysiące osób, by wspierać pomysł organizacji referendum. Manifestacja "Solidarności" przyciągnęła prawdziwe tłumy, nie tylko związkowców.
- W sprawach tak fundamentalnych głos powinien należeć do narodu, do obywateli - powiedział na początku senackiej debaty przedstawiciel prezydenta Paweł Szefernaker.
Na ulicach Warszawy zgromadzili się obywatele. Ludzie pracy, członkowie Solidarności, przedstawiciele wielu środowisk. Przyjechali tu nie po przywileje, a prawo do głosu. Ich obecność jest znakiem, że ta sprawa nie jest sprawą abstrakcyjną (...) Ponad 100 tys. osób, które wzięły udział w marszu, z tym postulatem przyjechały. Ten postulat ma twarze konkretnych ludzi. To górnicy, rolnicy, pielęgniarki, pracownicy różnych sektorów. Byli także właściciele małych firm. Byli ludzie, którzy martwili się o przyszłość kolejnych pokoleń Europy i Polski.
– kontynuował Szefernaker.
Jak dodał, prezydent, składając ten wniosek, realizuje zobowiązanie złożone wobec Polaków. - W demokratycznym państwie słowa mają znaczenie, obietnice składane obywatelom muszą być dotrzymywane - stwierdził Szefernaker, twierdząc, że dziś szczególnie dramatyczne konsekwencje mogą odczuć zwykłe gospodarstwa domowe. Wskazywał na kolejne obciążenia dla milionów rodzin związane z systemem ETS 2.
"Prezydent Karol Nawrocki, przemierzając Polskę w trakcie kampanii słyszał o tych problemach, podjął konkretne działania, a dziś chce oddać głos w tej sprawie narodowi" - przekonywał.
Później na mównicę wyszedł skazany nieprawomocnie na karę 5 lat pozbawienia wolności senator Stanisław Gawłowski (Koalicja Obywatelska), usiłując przekonywać, że projekt prezydenta jest... "niekonstytucyjny".