Prokuratura chciała kary półtora roku więzienia w zawieszeniu i wypłaty zadośćuczynienia pokrzywdzonym. Wyrok nie jest prawomocny.
To trzeci proces dotyczący wydarzeń ze stycznia 2014 roku. Dwa wcześniejsze wyroki były uchylane przez sąd odwoławczy.
Oskarżony mężczyzna, wówczas funkcjonariusz policji w jednym z białostockich komisariatów (obecnie jest na tzw. emeryturze mundurowej), był wtedy prywatnie z żoną na imprezie u znajomych. Gdy z niej wyszedł, został zaatakowany przed blokiem. Napastnicy byli przekonani (okazało się to pomyłką), że jest on jedną z osób, które wcześniej naśmiewały się z imienia psa jednego z tych mężczyzn.
Zaatakowany nie tylko bronił się, lecz także gonił napastników, bo dwaj z nich zaczęli uciekać, gdy usłyszeli sygnały nadjeżdżających radiowozów (policję zawiadomiła żona funkcjonariusza). Gdy ukryli się w mieszkaniu, napadnięty wyważył drzwi i wdarł się do środka. Tam, według aktu oskarżenia, użył gazu łzawiącego i zaatakował jednego z uciekających przed nim mężczyzn.
Oskarżony od początku nie przyznawał się do takich zarzutów. Status pokrzywdzonych mają w tym procesie obaj mężczyźni, którzy go zaatakowali. Również ojciec jednego z nich, do którego formalnie mieszkanie należy (chodziło o straty materialne związane z uszkodzeniami drzwi).
W związku z wydarzeniami z 2014 r., prokuratura skierowała do sądu dwa akty oskarżenia. Chodzi o to, że w tej samej sprawie nie można być jednocześnie podejrzanym i pokrzywdzonym. W drugim procesie dwaj mężczyźni, którzy policjanta zaatakowali, odpowiadali za udział w bójce przed blokiem. Zapadły tam wyroki w zawieszeniu, skazani musieli też zapłacić nawiązki na rzecz pokrzywdzonego, którym w tamtej sprawie był policjant.