W swoim tekście na temat bitwy warszawskiej 1920 roku prof. dr Stephan Lehnstaedt zwrócił uwagę niemieckiej opinii publicznej na jeden z kluczowych momentów w nowożytnej historii Polski i Europy. Bitwa warszawska była najpoważniejszym egzaminem dla młodego państwa polskiego i być może uchroniła cały kontynent od terroru bolszewickiego.
Czuję się jednak zmuszony dokonać sprostowania pewnych kwestii pojęciowych i interpretacyjnych, pojawiających w tekście prof. Lehnstaedta. Najbardziej zadziwia mnie utożsamienie programu Piłsudskiego z „nacjonalizmem” oraz opisanie bolszewików jako walczących o „socjalizm”. Ani jedno, ani drugie stwierdzenie nie jest prawdziwe i muszę przyznać, że nie wiem, jak to możliwe, że tak doświadczony historyk popełnia takie nieścisłości. Józef Piłsudski nie tylko nie był bowiem nacjonalistą, ale przez większość swej politycznej kariery pozostawał związany ze środowiskami socjaldemokratycznymi. Zalicza się go przecież do współtwórców PPS, czyli Polskiej Partii Socjalistycznej. Natomiast identyfikująca się otwarcie z nacjonalizmem polska Narodowa Demokracja pozostała Piłsudskiemu wroga zarówno za życia, jak i po śmierci.
Oczywiście ojciec zwycięstwa warszawskiego przeszedł pewną ewolucję poglądów, przypominała ona jednak bardzo tę, która w tym samym mniej więcej czasie dokonała się w umysłach niemieckich działaczy SPD takich jak Friedrich Ebert, Rudolf Wissel czy Otto Landsberg. Podobnie jak polityczni towarzysze Eberta Piłsudski nie godził się bowiem na krwawą rewolucyjną dyktaturę proponowaną przez bolszewików oraz ich zwolenników i był przekonany, że pokojowo nastawione państwo narodowe może lepiej bronić interesów robotników niż kontrolowane z Moskwy czerwone imperium. Piłsudski aktywnie promował przy tym wizję federacyjnej Europy Środkowowschodniej, w myśl której niezawisłe państwa razem mogłyby przeciwstawić się zagrożeniu ze wschodu. To właśnie te pobudki, a nie ciasny nacjonalizm, popchnęły go do uznania i wspierania rządu Symona Petlury na Ukrainie.
Z powodu powszechnego stosowania politycznego terroru i imperialnych podbojów bolszewicy nie byli socjalistami w zachodnioeuropejskim tego słowa znaczeniu. Zresztą począwszy od 1918 sami już się tak nie definiowali, używali bowiem nazwy Rosyjska Partia Komunistyczna. Prawdziwi rosyjscy socjaliści z Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji byli zaś zarówno za rządów Lenina, jak i Stalina masowo mordowani, prześladowani i zsyłani do łagrów.
Zrozumienie brutalnej i depczącej wszelkie ludzkie wartości natury reżimu bolszewickiego istotnie nie było jednak rzeczą łatwą dla wielu zachodnich socjaldemokratów.
Propaganda bolszewicka zdolna była radykalizować wiele umysłów i poważnie utrudniać opór krajów, które tak jak Niemcy dopiero co wyłoniły się z wyniszczającej wojny.
Właśnie na taki efekt liczył Lenin. W przypadku zagarnięcia obszaru Niemiec nadziei dodawały bolszewikom niedawne zamieszki w Berlinie i Monachium. Reichswehra była zaś wyczerpana ich tłumieniem oraz w sposób oczywisty zdemoralizowana i osłabiona w następstwie wielkiej przegranej wojny. Gdyby więc Tuchaczewski zdobył Warszawę, także i los Berlina mógłby być wkrótce przesądzony.
Rozumiem, naturalnie, szczególne zainteresowanie prof. Lehnstaedta problematyką dotyczącą ludności żydowskiej w okresie wojny 1919-1921. Jej cierpiana są bezsporne.
Oczywiste jest też pojawienie się w tych czasach krzywdzących przesądów i stereotypów dotyczących związków pomiędzy judaizmem a komunizmem, o których wspomina prof. Lehnstaedt. Warto jednak w tym kontekście podkreślić, że społeczność żydowska zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie, w większości aktywnie przeciwstawiała się bolszewizmowi.
W 1918 rabini odescy dokonali na przykład rytualnej anatemy (harem) na Trockim oraz Zinowiewie. 12 lipca 1920, a więc w miesiąc przed decydującą bitwą, zarząd warszawskiej gminy żydowskiej upublicznił natomiast odezwę, która głosiła: „Precz z urazami, kiedy nad krajem zawisa groza, wszak idziemy bronić nie naszych wrogów wewnętrznych, tylko ziemi, której nikt z nas kochać nie przestanie. Czynem wspólnym, da Bóg, ciemiężcę wschodniego odeprzemy. Do broni!”. Myślę, że jako Europejczycy mierzący się i dziś z coraz silniejszymi zagrożeniami z zewnątrz powinniśmy czerpać inspirację z tych słów i pamiętać, że wobec pewnych kwestii musimy wznieść się ponad nasze wewnętrzne spory.