Trwa "Akcja Obajtek" - w ostatnim czasie liberalno-lewicowe media przypuściły szturm na prezesa Orlenu, publikując m.in. nagrania, które mają rzekomo potwierdzać, że Obajtek - jako wójt Pcimia - wydawał dyrektorowi handlowemu firmy TT Plast o imieniu Szymon polecenia, jak zdobywać kontrahentów, dyktował ceny i marże - de facto kierował spółką. Szef Orlenu odpiera zarzuty i wnosi o przeprowadzenie kompleksowej kontroli swojego majątku, w tym m.in. także ponownej kontroli złożonych w ubiegłych latach oświadczeń majątkowych.
Jaki będzie koniec tej sprawy? - o to zapytany został dziś w TVP Info Tomasz Sakiewicz.
- Koniec będzie taki, że wszyscy się zmęczą tą historią, bo koniec końców każdy z nas oczekuje konkretów. Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a przykładamy potem ucho i nawet nie słychać dudnienia. Spodziewaliśmy się, że o zarzutach o naruszenie ustawy samorządowej pojawią się dowody dokumentów, współpracy, przelewów pieniędzy, czegokolwiek (...) Na razie będzie to budzić emocje, komentarze, ale jeżeli nie przedstawią konkretów, to nawet ci, którzy nie będą wierzyć w kontrolę instytucji państwowych, to zmęczą się tym. Jak na razie, tej afery nie można znaleźć
- powiedział redaktor naczelny "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie"
Tomasz Sakiewicz wskazał, że Daniel Obajtek był ostatnio bardzo aktywny w mediach, przez co stał się łatwym celem. - Ale chodzi też o interesy - podkreślał.
"Przerwanie fuzji Lotosu z Orlenem dla wielu grup interesów w Polsce i za granicą jest bezcenne. Lotos żywił tę "małą Sycylię" przez wiele lat, to też się wiąże z konkretnymi stanowiskami, apanażami, wieloma innymi rzeczami czy sponsoringiem. Fuzja Lotosu i Orlenu zagraża tym wielkim graczom, którzy budują swoją pozycję na rynku. Mamy do czynienia z koncernem, który wchodzi w coraz większe interesy potężnych grup"
Sakiewicz wskazał również własne doświadczenia z niektórymi mediami - także te z sal sądowych.
- Wolność słowa jest przede wszystkim dla tych, którzy myślą, tak jak chce opozycja. Wielokrotnie spotkałem się z tym, że mnie próbuje się wsadzić do więzienia. Pan Tomasz Grodzki żądał dla mnie kary więzienia, a my żeśmy opublikowali tylko relacje ludzi, którzy zostali przymuszeni do dawania jakichś korzyści majątkowych. Pan Roman Giertych żąda dla mnie roku więzienia i jakoś opozycja z tego powodu nie wychodzi z sali. Nikt nam nie zarzuca pisania nieprawdy, oni uważają, że po prostu nie wolno pisać. Springer też pod różnych postaciach nas ścigał, Tomasz Lis, który jest szefem jednego z wydawnictw w Springerze, podał mnie do sądu w procesie zupełnie kuriozalnym, w którym odmówiono mi prawa, jako pozwanemu głosu. Jakoś nikt nie protestuje z tego powodu, oni uważają, że wszystko jest w porządku. Za Lisem stoją oczywiście potężne pieniądze i prawnicy Springera, ale nawet jak się ma takie wpływy to pozory można zachować. Oni nawet pozorów nie zachowują. Ja się dziwię, że ten proces nie jest omawiany w Komisji Europejskiej
- powiedział.