W planach ma spotkania ze swoimi brytyjskimi odpowiednikami – Wendy Morton, odpowiadającą m.in. za politykę wschodnią, oraz Jamesem Cleverlym, do którego kompetencji należą sprawy bezpieczeństwa, a także region Bliskiego Wschodu, skąd pochodzi większość migrantów.
"Mamy do czynienia z agresywną polityką Alaksandra Łukaszenki wspieranego przez Władimira Putina. Na granicy polskiej trwa operacja hybrydowa, ale równocześnie mamy inne działania destabilizujące – sytuacja wokół Ukrainy, gdzie mówi się o coraz większych ruchach rosyjskich wojsk, o działaniach destabilizujących wewnątrz Ukrainy, równocześnie mamy dyskusję o Nord Stream 2 i o tym, jak to negatywnie wpływa na ceny gazu. Widzimy, co się dzieje na rynku energetycznym w ostatnich tygodniach - idzie zima, z całą pewnością strona rosyjska będzie wykorzystywać to do osiągania swoich celów i dlatego potrzebne jest nasze przygotowanie w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego"
- mówił Przydacz polskim dziennikarzom w Londynie przed rozpoczęciem rozmów.
Odnosząc się do wyrażanego przez brytyjskich polityków, w tym premiera Borisa Johnsona, poparcia dla Polski w kryzysie migracyjnym, wiceszef polskiego MSZ powiedział, iż cieszy się, że ta sprawa jest postrzegana nie tylko jako kryzys humanitarny, ale także jako wyzwanie na polu bezpieczeństwa.
"Ważne jest, abyśmy my, jako społeczeństwo szeroko pojętego Zachodu rozumieli, że Alaksander Łukaszenka stosuje wobec nas pewnego rodzaju szantaż emocjonalny, chcąc nas osłabić, ale też testuje naszą odporność na tego typu argumentacje" - mówił.
"Z całą pewnością strona białoruska wspierana przez stronę rosyjską będzie chciała dalej rozmiękczać społeczeństwa europejskie przy pomocy tematyki humanitarnej. Oczywiście, to są ludzie, którym trzeba pomóc, stąd też Polska aktywnie chciała udzielić wsparcia, wysyłając konwoje humanitarne"
- wskazał, dodając, że ważne jest, by nie dać stronie białoruskiej i rosyjskiej narzucić narracji w tej sprawie.
Przydacz powiedział, że na razie za wcześnie jest na mówienie o jakimś wykorzystaniu brytyjskich żołnierzy stacjonujących w Polsce, ale podkreślił, że sama obecność ich, a także wojsk amerykańskich, znacząco zwiększyła poczucie bezpieczeństwa w Polsce.
"Przed 2016 r. nie mieliśmy ich w Polsce, wtedy kiedy zabiegaliśmy aktywnie o dyslokowanie sojuszniczych sił w Polsce, były też takie głosy, że to jest niepotrzebne, zupełnie niewskazane, byli tacy, którzy deprecjonowali te wysiłki. Zobaczmy, gdzie bylibyśmy dzisiaj, gdyby tych wojsk amerykańskich, brytyjskich, sojuszniczych nie było w Polsce, jak dużo niżej byłyby poziomy bezpieczeństwa" - wyjaśnił.