O podpułkowniku Komisarczyku zrobiło się głośno kilka dni temu, gdy media opublikowały jego list, w którym stwierdził, że zniszczone za rządów PO-PSL setki dokumentów dotyczących katastrofy smoleńskiej były „nieistotne”. Chodziło o bulwersującą sprawę wrzucenia do niszczarki dziennika działań Dyżurnej Służby Operacyjnej Sił Zbrojnych z 10 kwietnia 2010 roku. W sumie zmielono około 400 stron. Informowaliśmy o tym w tekście Emerytowany pułkownik i zdumiewający list o niszczeniu dokumentów ws. Smoleńska.
Dziś podpułkownik wydał kolejne oświadczenie.
- napisał oficer.Potwierdzam, że w dniu katastrofy nie byłem na dyżurze i nie mam wiedzy o przebiegu dyżuru. Moja wiedza dotyczy samego Dziennika Działań i jego znaczenia w kontekście wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Jestem pewny, że najważniejsze treści ujęto w „Sprawozdaniu Dobowym”, a to powinno się znaleźć w archiwach MON.
- przyznał.Niezależnie od regulaminowego okresu przechowywania Dziennika Działań i treści w nim ujętych kategorycznie nie wolno go było niszczyć, ponieważ ujawnienie zapisu z dnia katastrofy rozwiałoby dziś wszelkie domysły co do chronologii napływu informacji do Dyżurnej Służby Operacyjnej i podjętych działań.
Dodał, że dokumentom nadano kategorię B5, co obligowało do przechowywania ich w kancelarii tajnej przez 5 lat (czytaj tekst: Antoni Macierewicz: Niszcząc dokumenty dotyczące Smoleńska popełniono przestępstwo).
Zdaniem Komisarczyka, do zniszczenia dokumentów doszło przez... mobbing.
- wyjaśnił podpułkownik w swoim oświadczeniu.Mogę zaryzykować twierdzenie, że znam powód zniszczenia Dziennika Działań Dyżurnej Służby Operacyjnej SZ RP i według dokumentów, które przeanalizowałem, nie ma on nic wspólnego z katastrofą. W listopadzie 2011 r., jako Mąż Zaufania Oficerów, wystąpiłem do Prokuratury Wojskowej w sprawie, nazwijmy to krótko - mobbingu. Dla jednego z oficerów wpis w Dzienniku Działań był bardzo niewygodny w aspekcie toczącego się wówczas postępowania wyjaśniającego. Stąd mogło dojść do zniszczenia całego Dziennika. Pojedynczej kartki nie dało się usunąć.
Do sprawy odniósł się Bartłomiej Misiewicz, rzecznik MON, w komunikacie zamieszczonym na stronie ministerstwa:
1. Z satysfakcją przyjmuję informację ppłk. Sławomira Komisarczyka, który przyznał, że nie był w pracy w DSO SZ RP w dniu 10 kwietnia 2010 r. i nie posiada żadnej wiedzy na temat przebiegu dyżuru w tym dniu. Eksponowanie przez media prywatnych problemów byłego żołnierza traktuję jako świadome wprowadzanie opinii publicznej w błąd, dla przykrycia faktu zniszczenia ważnego dla śledztwa smoleńskiego dokumentu;
2. Dziennik Działań, który powinien zawierać informacje dotyczące: meldunków, decyzji, wykonywanych i odbieranych połączeń, współpracy służb oraz jednostek organizacyjnych Ministerstwa Obrony Narodowej i Wojska Polskiego jest kluczowym materiałem dla odtworzenia tego, co się działo, sposobie reagowania oraz informacji kto ponosi odpowiedzialność za poszczególne decyzje (w tym np. rola gen. B. Packa);
3. Sprawozdanie dobowe zawiera tylko streszczenie wydarzeń uznanych przez kierownictwo MON za najważniejsze i jest zredagowane ex post;
4. Ponadto przypominam, że Dziennik Działań miał kategorię B5, co oznacza, że dopiero po 5 latach od powstania mógł być poddany ocenie, czy w ogóle może zostać zniszczony.