Zgodnie z Traktatem o UE, procedura nadzoru składa się z trzech etapów. W pierwszym Komisja Europejska analizuje i ocenia wszystkie informacje dotyczące ewentualnego zagrożenia praworządności w danym kraju. Jeżeli Bruksela uznałaby obawy za słuszne, wówczas w drugim etapie rozpoczęłaby dialog z Warszawą w sprawie przyczyn takiej sytuacji. KE nakreśliłaby zalecenia zmian, które musiałyby zostać wprowadzone w wyznaczonym przez komisarzy terminie. Gdyby po tym etapie Komisja Europejska uznała działania za niewystarczające, wówczas zgodnie z art. 7 Traktatu o UE może zwrócić się do Rady Europy z wnioskiem o stwierdzenie naruszenia wartości unijnych w kraju członkowskim. Gdy Rada przychyli się do wniosku KE, wówczas dany kraj zostaje objęty sankcjami.
Choć decyzje w sprawie Polski mają zapaść dzisiaj, już na początku stycznia unijny komisarz Günther Oettinger stwierdził w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”, że będzie optował za ukaraniem naszego kraju. Taka wypowiedź nie spodobała się szefowi KE
Jean-Claude’owi Junkcerowi, który udzielił w poniedziałek reprymendy Oettingerowi. Z kolei niemieccy politycy, którzy do tej pory ostro krytykowali Polskę, nieco spuszczają z tonu. – Kwestie sporne należy omawiać między sobą. Rozmawiajmy o nich tak, jak powinno się rozmawiać z przyjaciółmi, w zaufaniu – stwierdził w poniedziałek szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier w rozmowie z portalem Spiegel.de. Coraz mniej zwolenników mają również tezy szefa Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, który w weekend zaatakował Polskę, określając polityczne zmiany „demokracją w stylu Władimira Putina”. – To werbalny amok – skomentował słowa Schulza eurodeputowany Alexander hrabia Lambsdorff w poniedziałkowym wywiadzie dla niemieckiej rozgłośni radiowej DLF.
Więcej w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie".