Komitet Obrony Demokracji wyprowadza ludzi na ulice dużych miast. Chyba jednak widać coraz bardziej wyraźnie, że jest to inicjatywa polityków, którzy stracili władzę w kraju?
Jeśli policzylibyśmy głosy z wyborów oddane na Platformę Obywatelską, partię pana Petru czy część głosów oddanych na Zjednoczoną Lewicę, to możemy zobaczyć, że nastąpiło tam przesunięcie głosów w stronę dużych miast. Gdybyśmy zliczyli te głosy, to byśmy zobaczyli mniej więcej co trzeciego wyborcę. Pamiętajmy, że PO nie rządzi krajem, ale rządzi w większości samorządów wojewódzkich czy powiatowych. Tysiące działaczy tej formacji nie zniknęło dlatego, że ich partia przegrała wybory do parlamentu. Te protesty są więc w miastach, gdzie żyje ponadstandardowa liczba wyborców liberalnych. W tym sensie, te manifestacje ratują główny nurt opozycji przed marginalizacją i pogrążeniem się w konfliktach o przywództwo, ale jest to takie przekonywanie przekonanych. Podtrzymanie dynamiki tego typu protestów na dłuższą metę jest bardzo trudne i skomplikowane.
Dlaczego?
Bo choć widać organizację i zasobność, to nie mają one hasła. Wiadomo przeciw komu są robione, ale nie w imię czego. Opublikowano przecież orzeczenie ws. Trybunału Konstytucyjnego i czy coś się z tego powodu fundamentalnie w kraju zmienia? Nie.
Na manifestacjach KOD widzimy przykłady agresji, która narasta. Czy po stronie polityków opozycji jest na nią przyzwolenie?
Najłatwiej integruje się w polityce ludzi poprzez tworzenie mitu wroga. Manifestacje mają to do siebie, że często padają tam nieodpowiedzialne słowa, a poziom żartów jest z reguły na niskim poziomie. W historii klasa średnia miała tendencje do ulegania manichejskiej wizji świata, która zawiera też w sobie potencjał nienawiści.
Ale ten przykład idzie z góry.
Zainteresowanie, a także prośby o wyjaśnienie, powinna wywołać wypowiedź Lecha Wałęsy o wojnie domowej. To nie była wypowiedziane w cudzysłowie, a bez niego wojna domowa oznacza przecież rzeczy straszne. Pytanie, jak Wałęsa to rozumie, kto miałby sięgnąć po przemoc i przeciwko komu? Przeoczono także wypowiedź Barbary Nowackiej sprzed kilku tygodni, że powinniśmy robić jak najwięcej, żeby uchronić Polskę przed wojną totalną. Dość osobliwe sformułowanie, nawet przy obserwacji największych polskich konfliktów. Czymś innym jest nieodpowiedzialne słowo wypowiedziane w tłumie przez manifestanta, kiedy buzują emocje, a czymś innym słowa o wojnie domowej czy totalnej wypowiedziane w wywiadzie przez poważnych ludzi. W polskim społeczeństwie nie ma tendencji sięgania po przemoc w wewnętrznych relacjach, dlatego pojawienie się w dyskursie publicznym takich słów powinno niepokoić dużo bardziej niż najbardziej infantylny transparent na jakiejś manifestacji.
Myśli pan, że przyjdzie bardziej głębsza, bardziej odpowiedzialna za Polskę refleksja polityków będących po stronie opozycji?
Współczesna polityka, a szczególnie polityka partii liberalnych, w olbrzymim stopniu jest zdeterminowana marketingiem politycznym. Odzywa się „eventowo”. Politycy bardzo często mówią o swoich działaniach jako o projekcie. To jest przeniesione z języka korporacji. Jest więc projekt doprowadzenia do przeświadczenia o stanie pewnej nienormalności w państwie. Być może finał będzie dążył do odsunięcia od PiS części posłów z koalicji rządzącej. Ma to też na celu osłabienie przeprowadzenia przez PiS kolejnych reform społecznych, które większość Polaków popiera, jak np. nieeksponowane w głównym dyskursie publicznym unormowanie rynku pocztowego, który w pewnym momencie osiągnął już absurd. Jak taki projekt partii liberalnych się nie uda, to będzie projekt kolejny. Znaczenie będzie też miała zmiana w przywództwie w Platformie. Platforma, mając obok siebie partię Ryszarda Petru, może zacząć prowadzić bardziej zniuansowaną politykę, nie szukania konfrontacji we wszystkim z rządzącymi.