Tak wyśmiewany i obrażany Viktor Orban jak na razie najlepiej poradził sobie z falą imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Postawił mur na granicy, zaostrzył przepisy i wyraźnie dał do zrozumienia, że nie pozwoli narazić swoich obywateli na eksperyment multi-kulti.
Działania węgierskiego premiera odniosły skutek szybciej, niż się spodziewano. Masy imigrantów, które przywędrowały z Serbii - i jak dotąd maszerowały do Niemiec poprzez Węgry - nie szturmują już węgierskiej granicy. Gdzie więc zamierzają się udać, skoro w Serbii i innych mijanych krajach Europy nie mogą liczyć na wygodne życie na koszt podatnika?
Oczywiście do Niemiec, tyle że przez Chorwację i Słowenię. Kilka tysięcy osób już ruszyło w stronę Zagrzebia, a autobusy, które w Serbii dowoziły uchodźców do granicy z Węgrami, teraz kursują w kierunku granicy chorwackiej. Imigranci wiedzą, że granica serbsko-chorwacka nie jest tak szczelna jak ta z Węgrami - znają też nastawienie władz chorwackich i słoweńskich, które jak na razie nie sprzeciwiły się wyraźnie przyjmowaniu tysięcy uchodźców.
Plan imigrantów jest prosty: ze Słowenii łatwo już przedostać się do Austrii (granica między tymi krajami nie została jeszcze zamknięta), a stamtąd do Niemiec.
Po weekendzie na prośbę Niemiec i Austrii zostanie prawdopodobnie zwołany szczyt Unii Europejskiej w sprawie uchodźców. Oba te państwa - początkowo entuzjastycznie nastawione do przyjmowania uchodźców i wręcz ich zapraszające - po kilkunastu dniach całkowicie przestały sobie radzić z sytuacją.