Sytuacja miała miejsce 20 lipca w okolicach lotniska Chopina w Warszawie na wysokości 760 metrów nad ziemią. Samolot Lufthansy leciał z Monachium do Warszawy. Minął drona w odległości 100 metrów. Po trzech minutach nastąpiło bezpieczne lądowanie maszyny niemieckiego przewoźnika na lotnisku.
Piloci doradzili warszawskim kontrolerom lotu, by zwracali większą uwagę na bezpieczeństwo na niebie nad miastem. Wieża miała odpowiedzieć przeprosinami. Lotnisko ze względów bezpieczeństwa musiało na kilka godzin zmienić kierunek lądowania samolotów.
Policja zapukała do drzwi jednego z mieszkańców okolic podwarszawskiego Piaseczna. Zatrzymany 39-latek przyznał, że w tym dniu, w godzinach gdy piloci samolotu Lufthansy alarmowali o obecności bezzałogowca na torze lotu, używał swojego drona. Mężczyzna był kompletnie zaskoczony tą wizytą. Właściciel drona „nie miał i nie ma świadomości, czy dron mógł znaleźć się aż tak blisko lotniska” – pisze rmf24.pl. Wiadomo jednak, że sterował nim z okolic Piaseczna.
Eksperci twierdzą, że bezzałogowiec zapisuje tor swojego lotu, z wyszczególnieniem lokalizacji i trajektorii. W związku z tym urządzenie wysłano na badania. W ten sposób uda się na 100 proc. ustalić, czy to właśnie ten dron znalazł się na torze lotu niemieckiego samolotu, a wiec w niedozwolonym miejscu.
Mężczyzna był wczoraj przesłuchiwany. Grozi mu do 8 lat pozbawienia wolności.