W nocy z 18 na 19 grudnia w Dobczycach, gdzie mieszka Rey, rozrzucono kilkaset ulotek. Działacza na rzecz wolnej Ukrainy nazwano w nich pedofilem skazanym we Francji za gwałt na dwóch dziewczynkach o imionach „Eura” i „Asia” mieszkających w miejscowości Giwi. Z prawdą nie ma to rzecz jasna nic wspólnego – wystarczy wczytać się w treść paszkwilu. Marcin Rey już wydał w tej sprawie oświadczenie, w którym wyjaśnia prawdopodobne motywy ataku i wskazuje potencjalnych sprawców.
„Komuś się nie spodobało, że uczestniczyłem w kampanii przeciwko sprzedaży Rosji francuskich okrętów desantowych Mistral. Kogoś zabolało, że w swojej internetowej publicystyce ujawniłem powiązania niektórych osób z tzw. środowisk kresowych wokół ks. Isakowicza-Zaleskiego z rosyjskimi terrorystami na Ukrainie. Komuś nie w smak, że opisałem organizacyjne powiązania antyukraińskiego portalu kresy.pl z Ruchem Narodowym” – napisał Rey.
Wyjaśnia też, przekaz paszkwilu i jak podkreśla, autorzy sami „podpisali się jego treścią”. „Rebus z nieistniejących w języku francuskim imion moich rzekomych ofiar Eura i Asia składa się na Eurazję. To polscy zwolennicy ideologii eurazjatyckiej, której pomylonym prorokiem jest Aleksander Dugin, a wyznawcą i wykonawcą Władimir Putin” – wyjaśnia Rey i rozszyfrowuje kolejne zwroty, które pojawiły się w ulotce. „Nie ma we Francji miejscowości Giwi, a mojego telefonu nie wyprodukowała Motorola, natomiast istnieją dwaj przywódcy terrorystówrosyjskich na wschodniej Ukrainie o pseudonimach Giwi i Motorola. Sprawcy wiedzą, że ja to wiem” – tłumaczy.
Marcin Rey podkreśla też, że w treść paszkwilu nikt w Dobczycach nie uwierzył, a on sam nie da się zastraszyć i nadal będzie prowadził swoją działalność.
„Tchórze próbują podłością skompensować słabość polityczną” – czytamy w oświadczeniu. „Ubzdurali sobie, że cofnę się przed kartkami papieru, kiedy tysiące kilometrów na wschód nasi bracia Ukraińcy oddają życie w obronie Europy przed imperializmem rosyjskim. Niedoczekanie. Nie znają mnie. Ja natomiast znam ich lepiej, niż im się wydaje i nie zamierzam tej wiedzy zachować dla siebie, Zadarliście z kim nie trzeba, pajace” – kończy Marcin Rey.
Tak wyglądały ulotki, które rozrzucono w Dobczycach:

To nie pierwszy taki atak w naszym kraju. Wcześniej kilkakrotnie rosyjska agentura atakowała środowisko „Gazety Polskiej”.
W październiku na jednym z warszawskich cmentarzy (przy kościele św. Katarzyny na Ursynowie), „nieznani sprawcy” ustawili „grób” Dawida Wildsteina. Wcześniej na drzwiach dziennikarza Samuela Pereiry również „nieznani sprawcy” napisali „Pozdro od Stiełkowa natowska ku...o”. Zapewne chodziło o Igora Striełkowa (prawdziwe nazwisko – Girkin) – byłego oficera rosyjskiego FSB, który był dowódcą rosyjskich terrorystów w Doniecku.
„Zielone ludziki” zaatakowały też w Krakowie. Za cel obrały sobie Księgarnię „Gazety Polskiej” i biuro Klubów Gazety Polskiej. „Nieznani sprawcy” grozili śmiercią środowisku „Gazety Polskiej” za wspierania Ukrainy w walce z Rosją.
Z kolei w kwietniu tego roku dwóch młodych bandytów wtargnęło do księgarni „Gazety Polskiej” w Warszawie; zdemolowali pomieszczenie i zerwali flagę Ukrainy z podpisami obrońców Majdanu.