– Cisza wyborcza sama w sobie nie jest złym pomysłem. Na pewno mamy jednak problem z tym, jak funkcjonuje jej egzekwowanie – zaznacza Samuel Pereira, dziennikarz „Gazety Polskiej Codziennie” i portalu niezalezna.pl. – Panuje strach w internecie przed jakimikolwiek politycznymi komentarzami, tekstami, a z drugiej strony pojawiają się poważne naruszenia ciszy wyborczej. Do jednego doszło choćby w ostatnim warszawskim referendum na łamach przyjaznej władzy gazety. Nie spotkały ją za to żadne konsekwencje, bo stoi po stronie bufetu. To wszystko bierze się stąd, że sama PKW nie jest przystosowana do współczesności, brakuje powszechnej wiedzy odnośnie tego, co konkretnie wolno, a czego nie w czasie trwania ciszy wyborczej, a ona sama wciąż bardziej służy do uciszania antysystemowej krytyki, niż zapewnienia jednego dnia wolnego od polityki – tłumaczy Pereira.
Z kolei publicystka „Gazety Polskiej” Joanna Lichocka uważa, że dzięki ciszy wyborczej można wreszcie odpocząć od prorządowej propagandy, która na co dzień jest obecna w części mediów. – To jest zbawienny pomysł, cieszę się, że cisza wyborcza funkcjonuje – zaznacza w rozmowie z portalem niezalezna.pl Lichocka. – Nareszcie, chociaż przez dwa dni, można odpocząć od ataków na opozycję i od rządowej propagandy lejącej się nieustannie z przekaźników – dodaje.
Natomiast według Cezarego Gmyza, publicysty „Do Rzeczy”, cisza wyborcza jest szkodliwa dla demokracji. – Zniesienie jej mogłoby przyczynić się do poprawy frekwencji wyborczej. Na przykład gdyby sondażownie na bieżąco podawały wyniki z poszczególnych godzin, mogłoby to skłaniać ludzi do tego, by wybrać się do urn. Gdyby np. odkryli, że ich ugrupowanie przegrywa bądź wygrywa – mówi portalowi press.pl Gmyz.
Jednak z egzekwowaniem ciszy wyborczej – szczególnie w dobie mediów społecznościowych – bywa różnie i łatwo można ją obejść. Jak to zrobić na dwa sposoby, tłumaczy portalowi press.pl Bartosz Węglarczyk, zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”.
– Jeden nazywamy „warzywniakiem”, czyli zamiast o wyborach pisze się, po ile chodzą marchewki w sklepie, a po ile pomidory, a wszyscy wiemy, o które partie chodzi. Formalnie nie można się do tych tweetów przyczepić ani pozwać kogoś za to do sądu. Drugi sposób to pisanie tweetów z zagranicy – jeśli ktoś z Paryża pisze, że PO ma tyle procent, a PiS tyle, to nie łamie prawa, bo cisza wyborcza obowiązuje tylko w Polsce – mówi Węglarczyk.