Kobieta nie mogła wyjść ze zdziwienia, kiedy usłyszała, że może zostać skierniewicką radną. – Jestem schorowana, ledwo chodzę i nie zamierzam kandydować do żadnej rady – mówiła „Dziennikowi Łódzkiemu”. – A już na pewno nie z partii Korwin-Mikkego – dodała oburzona.
W jaki więc sposób jej nazwisko trafiło na listę wyborczą? Jak tłumaczy w rozmowie z „Dziennikiem Łódzkim”, podpisywała jakieś oświadczenia, ale miały one związek z wnukiem jej przyjaciółki, który jest kandydatem na prezydenta Skierniewic. Chodzi o Tomasza Słowińskiego, również zgłoszonego przez Nową Prawicę.
– Babcia pana Tomasza była u mnie z jakimiś papierami, miało to być moje poparcie dla niego, jako kandydata. Podpisałam, ale mam poważne kłopoty z oczami, prawie nie widzę – mówiła Irena Dziekan.
Tomasz Słowiński początkowo zapewniał w rozmowie z „Dziennikiem Łódzkim”, że schorowana staruszka sama zgodziła się kandydować na radną i podpisała stosowną zgodę. Później oświadczył, że rozmawiał z Ireną Dziekan i kobieta już „wycofała swoją kandydaturę z powodów zarówno osobistych, jak i związanych ze zdrowiem”. Wciągnięcie na listy pani Ireny tłumaczył natomiast… parytetami. Według Słowińskiego, „komitety spotykają się z problemem parytetu w wyborach, dlatego również my szukaliśmy kobiet na nasze listy”.
Sprawa Ireny Dziekan zbulwersowała Krzysztofa Lorenza z Państwowej Komisji Wyborczej.
– Jeżeli prawdą jest to, co ta kobieta mówi, to doszło do skandalu – podkreślił Lorenz w rozmowie z TVN24. Dodał też, że mieszkanka Skierniewic „powinna zgłosić sprawę do prokuratury, bo niewykluczone, że świadomie wprowadzono ją w błąd”.
Za taki czyn grozi odpowiedzialność karna.