- Gdy mówię o „zielonych ludzikach” mam na myśli „specjalsów”, w tym przypadku rosyjskich, którzy w nieoznakowanych umundurowaniach działają, ale działają w określonym środowisku – wyjaśniał Koziej. - Na Ukrainie proszę zwrócić uwagę pojęcie to się pojawiło na Krymie, gdzie istniała duża formacja już wojsk rosyjskich, gdzie większość jest ludności rosyjskiej, itd. Zupełnie inne środowisko działania tych „specjalsów”, tych dywersantów rosyjskich niż już na wschodniej Ukrainie. Już tutaj zupełnie to inaczej wygląda, bo tam nie ma takiej dużej większości rosyjskiej, a jeszcze inaczej by to mogło wyglądać w Polsce, gdyby tu się dywersanci pojawili, no nie wiem, jakaś grupa dywersantów z obcego kraju, na naszym terytorium, no to przecież jest system wyłapywania tych dywersantów także. Niedawno był ćwiczony – przekonywał szef BBN.
- „Zielone ludziki” trochę tutaj jakby podejrzewam, że zbyt je demonizujemy, ten problem, u nas – stwierdził polski wojskowy.
Stanowczo innego zdania są politycy i wojskowi krajów bałtyckich, którzy nie lekceważą tematu inwazji „zielonych ludzików”. W rozmowie z tygodnikiem „Ir” na początku września szef MON-u Łotwy Raimonds Vējonis powiedział, że kierowany przez niego resort jest gotów rozwiązać problem tzw. zielonych ludzików na Łotwie przy użyciu siły. - Jeżeli będzie trzeba, zastrzelimy ich – stwierdził krótko minister.