W najnowszym numerze "Gazeta Polska" ujawniła, że fragmenty raportu archeologów pracujących w Smoleńsku we wrześniu i październiku 2010 r. przyniosły niesłychanie istotne informacje wskazujące, że Tu-154M został rozerwany w powietrzu na skutek eksplozji.
"Nie sposób bowiem inaczej wyobrazić sobie tego, iż samolot rozpadł się na co najmniej 60 tys. części, które nadal zalegają pod powierzchnią ziemi na terenie katastrofy. Liczba 60 tys. szczątków może szokować, ale tak właśnie szacują obraz katastrofy archeolodzy, którzy osobiście badając teren detektorami metalu, zdążyli zidentyfikować 30 tys. fragmentów samolotu, rzeczy osobistych pasażerów, a także kilkadziesiąt części ciał poległych pod Smoleńskiem" - pisała "Gazeta Polska".
Z kolei "Nasz Dziennik" opublikował wnioski z raportu archeologów. I te są zdumiewające. O komentarz poprosiliśmy prof. Wiesławę Biniendę.
- Dziwne, że archeolodzy wchodzą na obszar, który nie jest ich domeną. Jeśli chodzi o ten aspekt, jest to dziedzina wytrzymałości materiałów. Wielką zasługą naukowców jest, że odnaleźli wszystkie fragmenty. Ja jednak jako ekspert w obszarze zachowania materiałów mogę powiedzieć, że duraluminium jest bardzo plastycznym materiałem. Gdyby po powierzchni przejechał ciężki sprzęt, na bardzo miękkim podłożu, to materiał by się wygiął w charakterystyczny sposób. Jednak nigdy by się nie skruszył.
Jednym słowem - wnioski archeologów, nie są poparte żadnym eksperymentem, który mógłby potwierdzić spekulacje, że rozdrobnienie szczątków mogło być spowodowane działaniem ciężkich maszyn. Nie mamy żadnych dowodów na to, że elementy były rozpychane na zewnątrz. Teoretycznie jest to możliwe, ale byłoby właściwe przytoczenie dowodów.
W raporcie archeologów jest również stwierdzenie: "gorące wirniki turbin łopatek pracujących silników zasysały fragmenty konstrukcji – stąd osmalenia".
- Znowu wchodzimy na obszar, w którym archeolodzy nie mają doświadczenia, ani wiedzy. To całkowita spekulacja. Z mojego doświadczenia budowy silników odrzutowych, których jestem współkonstruktorem, wiem, że aby fragmenty przecisnęły się przez silnik odrzutowy muszą być bardzo małe. Prawdopodobieństwo, żeby duże elementy się przedostały jest znikome. Ale nawet jeśli by się przedostały, to czas pobytu w pracującym silników jest na tyle krótki, że nie sądzę, aby nastąpiło osmolenie. Poza tym przejście przez silnik fragmentów pozostawia bardzo charakterystyczne ślady i na pewno archeolodzy nie są w stanie tego ocenić.