To nie jest zwykłe spotkanie. Kiedy tylko zobaczę flagę rosyjską, na pewno podskoczy mi ciśnienie i dam z siebie więcej niż 100 proc. Zawsze przeżywałem mecze z Rosjanami i to niezależnie od tego, czy w nich grałem, czy obserwowałem jako widz rywalizacje piłkarzy lub bokserów – zapewnia nasz najlepszy tenisista.
Najważniejsze jednak, żeby dopisywało mu zdrowie. Jerzyk stracił sporą część poprzedniego sezonu z powodu urazów. Początek roku też nie był w jego wykonaniu szczególnie udany. Na mecz z Rosją powinien jednak być przygotowany. – Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Od czwartku do soboty toczyliśmy ciężkie boje w Łodzi z Grzesiem Panfilem. Trenowałem wówczas tak na 99 proc. Chodziło bardziej o jak największą liczbę wymian niż o szlifowanie techniki. Muszę złapać rytm meczowy – podkreśla.
A tego faktycznie mu brakuje, co było widać podczas turniejów w Australii. W Sydney odpadł już po pierwszej grze z Ukraińcem Ołeksandrem Dołhopołowem. W prestiżowym Australian Open doszedł do trzeciej rundy, ale była to prawdziwa droga przez mękę. Z Wielkiego Szlema mógł go wysadzić już w pierwszej rundzie junior Jordan Thompson. – Udało mi się wygrać w Melbourne dwa spotkania, choć grałem słabo. Dało mi to dużo pewności siebie – mówi Janowicz. – Pojawia się czasami w głowie obawa, że coś złego się stanie. Noga puchnie jeszcze przy długich akcjach, ale generalnie jest zdecydowanie lepiej – dodaje.
Więcej w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie".