Pierwszy, pod koniec października, nad losem Wojewódzkiego ubolewał inny celebryta Jarosław Kuźniar, znany z poranka TVN24, który na społecznościowym portalu cytował kolegę i opisywał rzekomy napad: "Dziś rano pod radiem Eska Rock, elegancko zamaskowany i ewidentnie pozbawiony poczucia humoru mężczyzna, zaatakował mnie niezidentyfikowanym płynem żrącym o brunatnej barwie, co jest dosyć symptomatyczne".
Od razu zaczął się jazgot mainstreamu, który roztkliwiał się nad ofiarą rzekomego napadu. Oczywiście, o podłożu politycznym. Później jednak zaczęło się dziać coś dziwnego. Żrąca substancja nie była żrącą, ranny Wojewódzki szybko ozdrowiał (cud Arłukowicza?), ofiara długo unikała złożenia zeznań, a dowód w postaci kurtki przekazał z oporami.
A śmiechu co nie miara było, gdy dokładnie zbadano czym został "zaatakowany" Wojewódzki. Jak informował portal niezalezna.pl: "Na koszulce redaktora Jakuba Wojewódzkiego nie znaleźliśmy żadnych substancji zagrażających życiu lub zdrowiu" - informował asp. Mariusz Mrozek, rzecznik stołecznej komendy policji.
Teraz mamy ostatni (chyba?) odcinek z serialu "napad na Kubę". Dziennikarze "Do Rzeczy" ustalili, że krótko przed świętami Bożego Narodzenia sprawę zakończono.
– Akta sprawy z wnioskiem o zatwierdzenie postanowienia o umorzeniu zostały przekazane 16 grudnia do Prokuratury Rejonowej Warszawa Praga Południe – poinformowała tygodnik komisarz Agata Kędzierzawska z Komendy Stołecznej Policji. - Zebrane w sprawie materiały nie dały podstaw do przedstawienia zarzutów.