Choć ekipa Donalda Tuska zabiegała o przegraną dolnośląskiego barona, sukces był dla niej sporym zaskoczeniem. Do ostatniego momentu nie można było przewidzieć, jak skończy się rywalizacja we Wrocławiu. Potrzebne były aż dwa głosowania; w pierwszym Schetyna uzyskał 199 głosów, jego konkurent zaś, związany z premierem eurodeputowany Jacek Protasiewicz – 200.
– To ośmieliło delegatów, by w drugim głosowaniu bardziej zdecydowanie poprzeć Protasiewicza – tłumaczy jeden z działaczy wrocławskiej PO. Podkreśla, że o niepewności Tuska co do przebiegu wydarzeń świadczy to, że Protasiewicz chciał się wycofać, proponując to samo Schetynie. Szefem miał wówczas zostać Bogdan Zdrojewski, bliższy premierowi. Schetyna się nie zgodził.
Przegrana Schetyny w jego mateczniku oznacza rozgromienie opozycji wewnątrz PO. – Ludzie, którzy utrzymywali jakąś pozycję w regionach, a marzyli o zagrożeniu Tuskowi, stracili nadzieję – mówi dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
– Premier rozegra to politycznie. Tych, którzy są mu w stanie zaszkodzić poważniej, wyśle na listy do Parlamentu Europejskiego, zamykając im usta brukselskimi apanażami. Doły partyjne zaś również pójdą za premierem, licząc na jakieś mniejsze ochłapy – dodaje politolog.