Jak pisaliśmy dziś na łamach portalu Niezalezna.pl w mediach głównego nurtu pojawiła się informacja, że 17 lutego do Rosji znów pojadą polscy biegli i prokuratorzy, którzy będą badać brzozę, w którą „według raportu MAK uderzył polski tupolew”. Nie pojawiła się natomiast wzmianka, że o „pancernej brzozie” rozpisywano się również w raporcie komisji Jerzego Millera. Czyżby od tej pory będą próbowali nam wmówić, że taki dokument nie istniał?
W rozmowie z naszym portalem Andrzej Melak stwierdza, że najwyraźniej obóz rządzący zaczyna się już gubić w gmatwaninie kłamstw.
- Trudno jest mówić o zmianie retoryki. Wydaje mi się, że po prostu za dużo już było tych wszystkich kłamstw. W tej gmatwaninie oni zaczynają się już gubić i zapominają, co wcześniej mówili. Ponadto wypływające na światło dzienne dokumenty zadają kłam temu, co głosili członkowie komisji Millera i MAK. Tak jest właśnie w przypadku dokumentów rosyjskich wykonanych na kilka godzin po zdarzeniu, a opublikowanych przez „Nowe Państwo”. Teraz to wszystko składa się w jakąś całość, która pozwala spojrzeć na to wszystko szerzej i ujrzeć wszystkie kłamstwa, matactwa i działania służb po blisko trzech latach. Takie są właśnie skutki wprowadzania na siłę tego, co zażyczyli sobie decydenci. Jest to obraz państwa, a zarazem obraz stanu śledztwa, które trudno nawet śledztwem nazwać. Bardziej pasowałyby tu określenia: zacieranie śladów i mataczenie – mówi w rozmowie z portalem Niezalezna.pl Andrzej Melak.