Gdy pracował w gdańskich portach lotniczych, przygotowywał dla prywatnego przewoźnika analizę, jak zminimalizować koszty związane z korzystaniem usług tych portów. A więc działał na szkodę pracodawcy, spółki, w której udziały ma państwo. Przypuśćmy, że sprawa dotyczyłaby członka rządu PiS. Już dawno mielibyśmy polityczne trzęsienie ziemi. Jarosław Kaczyński i jego współpracownicy byliby bez wytchnienia ścigani przez dziennikarzy żądających dymisji polityka i całego rządu. Pokazywani byliby od rana do wieczora, jak się kajają za niewybaczalną wpadkę synka kolegi.
Donaldowi Tuskowi urlopu nikt nie zakłóca.

